Pomysł na dzisiejszy post zaświtał mi w głowie w trakcie porannego biegu w parku (no dobra, prawie porannego, wyszłam po 10). Rozmyślałam o tym, ile to już razy rozpoczynałam swoją przygodę z bieganiem. Co najmniej kilka. Zawsze było tak samo: tym razem się nie poddam, a po max. miesiącu dawałam za wygraną stwierdzając, że to jednak nie dla mnie. Że to nuda tak biegać bez celu. No właśnie - cel. Czy warto go mieć w trakcie biegania, czy wystarczy tylko ubrać wygodne najacze i hasać niczym łania po zielonej polanie? Z mojego doświadczenia wynika, że nie warto za bardzo się spinać. Każda aktywność fizyczna powinna być przyjemnością. Pamiętam, jak jeszcze niedawno biegałam: żeby schudnąć, coś wyrzeźbić, coś umocnić itp. I za każdym razem te cele nie były wystarczające, żebym zapałała do biegania miłością aż po grób.
Co robiłam nie tak?
Przede wszystkim za bardzo skupiałam się na wadze. Chciałam być chuda. Wszechobecna moda na chudość opanowała i mnie. Patrzyłam w lustro i prawie wszędzie widziałam coś, co można by zrzucić/poprawić/ujędrnić (niepotrzebne skreślić). Bywało tak, że zbyt obsesyjnie traktowałam jedzenie - bałam się, żeby nie zjeść za dużo, za tłusto, zbyt kalorycznie. Jedzenie przestało mnie cieszyć, wszak co to za radość, gdy wcinasz coś, co jest zdrowe ale niekoniecznie smaczne, bo boisz się kilku dodatkowych kalorii? Teraz widzę, jak zagubiona byłam w tamtym czasie. Non stop myślałam o tym, co mogę, a czego nie powinnam tykać. Doszło do tego, że z niechęcią wracałam do domu, w końcu Mama zawsze ugotuje coś, co niekoniecznie jest fit i healthy i w ogóle light. Spotkania z przyjaciółmi również nie sprawiały mi radości, bo bałam się, że jak się z kimś umówię to oczywiście na piwo/pizzę/albojakiegośinnegofastfoodaktórypójdziewboczki.
Jeśli chodzi o ćwiczenia to do tego tematu miałam równie nieracjonalne podejście. Rozpisywałam treningi bez względu na to, czy miałam naukę, czy nie - trening był najważniejszy. Wstawałam rano i wiedziałam, że muszę poćwiczyć. I tu jest pies pogrzebany - MUSZĘ?! Treningowy przymus nigdy nie kończy się dobrze - tak przynajmniej było u mnie. Nie postrzegałam aktywności fizycznej jako przyjemności, tylko jako przykrą konieczność, którą NALEŻY wpleść do rozkładu swojego dnia. W efekcie byłam coraz bardziej sfrustrowana, bo co to za życie - ciągłe odmawianie sobie przyjemności (w tym schabowego od Mamy, mmm), treningi, które nie do końca cieszą i ciągłe rozmyślanie o tym, co wolno, a czego nie. Na dłuższą metę to nie działa, w końcu jesteśmy tylko ludźmi.
W tamtym okresie zaczynałam wiele razy. Albo cisnęłam i dawałam z siebie sto procent, albo miałam przerwę. Nie potrafiłam znaleźć balansu, harmonii między zdrowym stylem życia a drobnymi przyjemnościami, które sprawiają, że chce się żyć. W moim życiu zapanował chaos.
Na szczęście w porę się opamiętałam. Zrozumiałam, że nie tędy droga, że nie chodzi o to, aby gonić za wyimaginowanym ideałem, którym i tak nigdy nie będę. Zdałam sobie sprawę, że w życiu chodzi o stanie się jak najlepszą wersją siebie. Że musimy spojrzeć na siebie łaskawym okiem, podziękować Bogu za to, co mamy i starać się wypracować w sobie pozytywne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość. Bo prawda jest taka, że jeśli człowiek nie jest szczęśliwy sam ze sobą, tak naprawdę i zupełnie szczerze, to nikt nie będzie w stanie go uszczęśliwić.
Jak teraz wygląda moje życie?
Przede wszystkim zmieniłam swój cel. Teraz, gdy idę na trening, skupiam się na swojej psychice. Wiadomo, że ćwiczenia wpływają zbawiennie na nasze ciało i zdrowie (i chwała im za to), ale wszystko zaczyna się w naszej głowie. Jeśli patrzymy na życie z pokorą i uśmiechem, nic nie jest w stanie nas zniszczyć. Dlatego skupiam się na tym, bym była silna i potrafiła radzić sobie w każdej sytuacji. Wychodziła z każdej opresji obronną ręką. Nie użalała się nad sobą, tylko wzięła sprawy w swoje ręce. Patrzę na moje buty do biegania i myślę sobie: razem z nimi mogę stworzyć coś niesamowitego. Tylko ja i one. Razem pokonujemy ścieżki, drogi, chodniki. Nie zatrzymujemy się, gdy złośliwy chochlik w głowie szepcze: "Nie dasz rady, już nie możesz. Wystarczy! Chcę poleżeć na kanapie, wracaj!". Uśmiecham się pod nosem i myślę sobie: "Nie? No to patrz!" i wrzucam piąty bieg. Uwielbiam to uczucie. Uwielbiam tę wolność, gdy biegnę przed siebie, a moją twarz oświetlają delikatne promienie wiosennego słońca. Patrzę w dół i widzę nogi, które nie chcą się zatrzymać. Które pokazują mi, że mogą więcej. Nie potrafię tego opisać słowami. Zdarzają się chwile, gdy chce mi się płakać. Tak po prostu, zwyczajnie, chce mi się płakać ze szczęścia. Czuję, że energia wylewa mi się uszami. Uśmiecham się do napotkanych ludzi. Nie zwracam uwagi, czy mój uśmiech zostanie odwzajemniony, bo wydobywa się z wnętrza, nie potrafię go powstrzymać.
Biegnę.
Łapię promienie słońca. Zamykam oczy, wdychając rześkie powietrze
kwietniowego poranka. Słyszę śpiew ptaków. Rozglądam się. Świat wokół
budzi się do życia. Czuję, że i ja budzę się razem z nim. Nie chcę się
zatrzymywać. Chcę biec i biec, nie bacząc na nic. Czuję, że unoszę się
nad ziemią, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Że mogę wszystko,
jeśli będę do tego dążyła. Że mam w sobie siłę. Że dużo zależy ode mnie.
To moje życie. Moje droga. I to ode mnie zależy, czy stanę w miejscu,
czy pójdę naprzód. Wybieram to drugie.
Biegnę, nie widząc mety. Nie szkodzi, tym lepiej. Będę biec dłużej.
I takie podejście mi się podoba! :)
OdpowiedzUsuńBtw, dodaj fragmenty książki przy następnym wpisie xoxo