poniedziałek, 30 maja 2016

Niemożliwe nie istnieje

Stało się - wzięłam udział w 14. Biegu ul. Piotrkowską :) Jestem z siebie mega, mega, mega dumna! To nie był zwykły bieg - to była walka z samą sobą, ze swoimi słabościami i z moim "ukochanym" gremlinem, który starał się mnie zdemotywować (na szczęście nieskutecznie).

Przed startem odczuwałam lekki stres - czy dam radę? Czy jestem na tyle przygotowana, żeby przebiec taki dystans? Czy nie wypluję sobie płuc w trakcie? W końcu w trakcie treningów robiłam max. 9 km. Więc jak to będzie? Muszę przyznać, że ten niepokój minął, kiedy znalazłam się na starcie wśród innych biegaczy. Wokół panowała tak rozluźniona atmosfera, że wszelkie wątpliwości odeszły w zapomnienie :-)

To był pierwszy raz, kiedy przebiegłam 10 km. Za punkt honoru postawiłam sobie przebiegnięcie dystansu bez zatrzymania się. I udało się! Choć były ciężkie momenty, a mój umysł ciągle nakręcał się na czarne scenariusze (nie dasz rady, zatrzymaj się, daj sobie spokój, usiądź na ławce i obal piwko, po co to robisz? itp.), to nie poddałam się. Co to, to nie! Nie pozwoliłam, żeby chwilowe słabości wzięły nade mną górę. Postanowiłam pokazać samej sobie, że potrafię. Że jestem silniejsza, niż myślę. Gdy brakowało sił, zbawienny okazywał się być doping ludzi zebranych wokół trasy biegu. To było niesamowite. Te okrzyki "dasz radę!", "biegnij, dziewczyno" i uśmiechnięte twarze dawały mi niesamowitego kopa, żeby nie zrezygnować i biec dalej.


W trakcie biegu doświadczyłam całego spektrum skrajnych emocji - przez złość, zniechęcenie, radość, euforię aż po smutek. Targały mną sprzeczne uczucia, jednak koniec był jednym wielkim wyrzutem endorfin. Na początku zadręczałam samą siebie, że mam jeszcze tyle do przebiegnięcia, trasa dłużyła mi się niebywale, opaska za bardzo grzała głowę. Potem zaczęłam skupiać się na tym, ile już przebiegłam. Myślałam: oo, za mną już 4 km, więc dam radę. Potem dopingowałam siebie w duchu. Moją główną motywacją był fakt, że skoro już tyle przebiegłam to bez sensu byłoby zatrzymać się na 8 kilometrze. Więc cisnęłam dalej. Patrzyłam w dół i widziałam, jak moje nogi pokonują kolejne kroki bez najmniejszego problemu. Wszystkie przeciwności siedziały w głowie, która poddałaby się już po pierwszych kilometrach. Ale nie. Nie ma tak łatwo. Postawiłam sobie cel i wiedziałam, że jeśli go nie osiągnę to nie zaznam spokoju. Nie chciałam rozczarować samej siebie. To by mnie bardzo zdemotywowało.

 

Na metę dobiegłam zmęczona, lecz szczęśliwa. Były łzy radości i dumy. Dumy z wykonanego zadania. To był pierwszy bieg publiczny, w którym wzięłam udział. I już wiem, że z pewnością nie ostatni. Teraz chcę skupić się na egzaminach, jednak potem wracam do regularnych treningów. Bieganie wyzwoliło we mnie tak skrajne emocje, że nie wyobrażam sobie, aby ten wysiłek poszedł na marne. Mam nadzieję, że znajdę w sobie wystarczające pokłady motywacji, by ten stan trwał jak najdłużej. Wiem, że wszystko jest w moich rękach i to ode mnie zależy, jak pokieruje swoją sportową "karierę".

To by było na tyle. Gorąco polecam wzięcie udziału w takim biegu. Nie po to, żeby stresować się wynikiem czy udowodnić coś innym, lecz po to, aby przełamać swoje słabości i wyjść poza własną strefę komfortu. To daje niesamowitego kopa do dalszych działań. Jeśli jesteś w stanie przebiec taki dystans to czujesz, że możesz więcej i niemożliwe nie istnieje. Zatem do roboty, trening się sam nie zrobi :-)

Miłego dnia :-)

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Mamci

Mama. Kobieta, która kocha nas bezwarunkowo. Bardzo często nie doceniamy jej znaczenia w naszym życiu. Smaczny obiad, wyprane ubrana, ciepły uśmiech na powitanie - czasem traktujemy te rzeczy jako coś oczywistego. Perspektywa zmienia się, gdy przychodzi moment przeprowadzki. Człowiek nagle dostrzega, że rzeczywistość bez Mamy wygląda zupełnie inaczej - obiad sam się nie robi, lodówkę trzeba zaopatrzyć a rolka papieru toaletowego nie jest nieskończona ;-)

A teraz tak na poważnie. Moim zdaniem wiele osób nie docenia ciepła i troski, które dostają od swojej Mamy. Nie potrafię zrozumieć, jak można nazywać ją "moja stara". Wiadomo, czasem mamy inne zdanie, jednak wypadałoby pamiętać, z jak dużą odpowiedzialnością wiąże się bycie Mamą. I choćby z tego powodu należy im się szacunek i dobre słowo. Nie traktujmy naszych kochanych Mam jak robotów, które MUSZĄ posprzątać, ugotować czy uprasować. Doceńmy ich wkład w tworzenie domowego ogniska. Wyręczajmy je w codziennych obowiązkach. Nie narzekajmy, że "zupa jest za słona" tylko cieszmy się, że ktoś postarał się, aby przygotować dla nas obiad. Czemu nic nie smakuje jak u Mamy? Bo to one wkładają w gotowanie całe swoje serce, chcąc uraczyć bliskich. Mamy stawiają nas na pierwszym miejscu, rzadko myśląc o sobie. Ciąża, karmienie, przewijanie, ząbkowanie, przedszkole, szkoła, jedynka w dzienniku, złamane serce, choroba, ból głowy, wycieczka szkolna, zły sen - wokół dzieci tyle się przecież dzieje, że łatwo zapomnieć o swojej pasji czy chwili relaksu. Mama to praca na pełen etat. W dodatku bezpłatna. Jak więc wynagrodzić jej trud i serce, który włożyła w nasze wychowanie? Robiąc coś specjalnie dla niej - to może być wizyta u fryzjera, ugotowanie obiadu czy piknik w parku. Zróbmy coś, co sprawi, że poczuje się wyjątkowa, kochana i doceniona. Coś, co spowoduje, że uśmiech pojawi się na jej twarzy. W końcu Mama jest tylko jedna. Dzień Matki to tylko przypomnienie dla tych, którzy o niej zapominają. Jej święto powinno być każdego dnia. Kochajmy ją i pielęgnujmy dopóki z nami jest. Bo gdy jej zabraknie to nikt nie wypełni tej pustki...

Wszystkim Mamom z okazji ich święta dużo zdrówka i spełnienia wszystkich marzeń. No i oczywiście pociechy z nas, ich dzieci ;-)

Chcąc uczcić ten specjalny dzień, zafundowałam Mamie śniadanie od serca. Nie było to jednak nic nadzwyczajnego, bo staram się rozpieszczać ją z rana tak często, jak tylko mogę. W ramach zaakcentowania wyjątkowości dzisiejszego dnia obok pankejków zagościł pachnący bez. Smacznego Mamuś ;-)

Pankejki dla Mamy 
1 porcja
pół szklanki maślanki
jajko
3 czubate łyżki mąki pełnoziarnistej 
łyżeczka proszku do pieczenia
cynamon
szczypta soli
aromat waniliowy
syrop klonowy/miód do smaku

Oddzielić żółtko od białka. Białko ubić na sztywną pianę. W osobnej misce wymieszać mąkę, maślankę, żółtko, proszek do pieczenia, cynamon, sól i kilka kropel aromatu. Dosłodzić do smaku. Dodać łyżkę ubitej piany i delikatnie wymieszać. Dodać resztę i ponownie zamieszać. Piec na rozgrzanej kapce oleju kokosowego.


Dodatki
pół kubka małego jogurtu naturalnego
łyżeczka syropu klonowego/miodu
banan
cynamon
gorzka czekolada

Jogurt wymieszać z syropem lub miodem. Polać pankejki. Banana pokroić w plasterki i ułożyć na placuszkach. Całość posypać startą czekoladą i odrobiną cynamonu. Zajadać ze smakiem :-)

wtorek, 24 maja 2016

Leniwe śniadanie vol. 2

Zastanawiając się nad tematem nowego posta doszłam do wniosku, że czasem nie warto zbytnio wysilać mózgownicy i na siłę szukać czegoś spektakularnego. Najlepsze są najprostsze rozwiązania a gdy do tego smakują tak, jak dzisiejsze śniadanie, to nie ma co kombinować. Dzisiejszy przepis to idealne rozwiązanie na śniadanie zjedzone w towarzystwie najbliższych - nie dość, że rozgrzewa kubki smakowe do czerwoności, to w dodatku cieszy oko. Czego chcieć więcej?


Bananowe pankejki 
1 porcja

dojrzały banan
jajko
2 czubate łyżki mąki pełnoziarnistej
łyżeczka proszku do pieczenia
cynamon
kilka kropel aromatu waniliowego
2 łyżki maślanki
2 łyżki płatków owsianych
szczypta soli

Płatki owsiane zalać wrzącą wodą i odczekać, aż napęcznieją. W osobnej misce rozgnieść banana, dodać jajko, mąkę, proszek do pieczenia, sól, aromat waniliowy i cynamon. Zamieszać. Dodać 2 łyżki maślanki i namoczone płatki. Na patelni rozgrzać odrobinę oleju kokosowego (od niedawna to mój faworyt jeśli chodzi o smażenie!). Z powstałej masy formować niewielkie placuszki (na jeden wystarczą dwie łyżki) i smażyć z obu stron ok. minuty.

Dodatki (to już zależy od Waszej wyobraźni, u mnie to totalny fristajl - daję, co mam pod ręką i na co przyjdzie mi ochota)
serek wiejski
pokruszone orzeszki ziemne (pozostałość po maślanych placuszkach)
cynamon
syrop klonowy do smaku

Mmmm... Czy może być coś lepszego od TAKIEGO rozpoczęcia dnia? Nie, wnioskując po minie Mamy, która wsuwała, aż miło :D

SMACZNEGO!

sobota, 21 maja 2016

To, co tygryski lubią najbardziej

Śniadanie. Poranny rytuał, który daje tyle przyjemności. Często już wieczorem zastanawiam się, co o poranku znajdzie się na moim talerzu. Nie lubię rano wstawać, ale dzięki wizji pysznego śniadanka moje wszystko jest jakby łatwiejsze. Należę do osób, które uważają śniadanie za najważniejszy posiłek w ciągu dnia i uwielbiają je celebrować. Leniwe śniadanie bez naglącego zegarka - to jest to :-)


Dzisiaj, po zajrzeniu do lodówki, moje bystre oko wypatrzyło butlę maślanki, która zaproponowała mi pomoc przy śniadaniu. Uruchomiłam szare komórki, poradziłam się kubków smakowych i tak oto w głowie zaświtała mi niezwykle kusząca myśl. Panowie i Panie, dzisiaj na śniadanie pankejki na maślanie!


Maślane pankejki
3-4 czubate łyżki mąki pełnoziarnistej
łyżka płatków owsianych
łyżeczka proszku do pieczenia
cynamon
1/2 szkl. maślanki
jajko
kilka kropel aromatu waniliowego
łyżeczka syropu klonowego/miodu
szczypta soli

Płatki owsiane zalać gorącą wodą i przykryć, żeby wchłonęły cały płyn. W osobnej misce wymieszać suche składniki. Dodać jajko, namoczone płatki, maślankę, syrop klonowy i aromat. Wymieszać. Na patelni rozgrzać niewielką ilość oleju kokosowego (nierafinowanego!) i smażyć małe placuszki. Z podanej porcji wyszło mi 6 panejków.


Dodatki
maślanka
pokruszone orzeszki ziemne
jabłko
cynamon


Jabłko pokroić w cienkie plasterki i podsmażyć na patelni. Placuszki polać maślanką, położyć kawałki jabłka, posypać pokruszonymi orzeszkami i cynamonem.

Potem pozostaje tylko zasiąść wygodnie przy stole i rozkoszować się swoim dziełem. Smacznego! 

piątek, 20 maja 2016

Oddech

Znasz to uczucie, gdy natłok myśli i spraw rozsadza Ci głowę od środka? Starasz się skupić na czymkolwiek, jednak każda kolejna próba kończy się fiaskiem. Myślisz sobie: zaraz zwariuję, jeśli te nachalne omamy nie przestaną mnie męczyć. Uwierz mi, zmagam się z tym każdego dnia. Śmieję się, że mój mózg to taka dobrze prosperująca fabryka myśli - ciągle pracuje na pełnych obrotach. Doszło do tego, że nie potrafię się relaksować. Mój umysł od jakiegoś czasu nie potrafi odpoczywać. Non stop pracuje i podsuwa mi coraz czarniejsze wizje lub demotywujące teksty. I co teraz? Mam usiąść w kącie i płakać jakie to wszystko jest be i do bani? Wiadomo, tak jest najprościej, użalać się nad własnym losem i szukać ukojenia u innych. Ale nie tędy droga. Trzeba zacząć od siebie. Od oczyszczenia swojego wnętrza. Od znalezienia tej siły w sobie, bo prawda jest taka, że nikt nam nie pomoże jeśli my sami nie uporządkujemy swojego życia. Owszem, możemy i nawet musimy otaczać się bliskimi, którzy nas wspierają, jednak łatwo przeoczyć granicę pomiędzy szukaniem słów otuchy a uzależnieniem od drugiej osoby. W każdym z nas drzemie siła, musimy ją tylko odnaleźć i pielęgnować każdego dnia.

Wracając do tematu - co zrobić, gdy Twój własny umysł ciągnie Cię w dół? Gdy paskudny gremlin z ogromnym nochalem szepce do ucha: nie dasz rady, jesteś do niczego, nic Ci się nie uda?

Jedynym sposobem na pokonanie własnego gremlina jest pokazanie mu, jak bardzo się myli. Dla mnie najlepszą okazją na podcięcie skrzydeł temu demotywatorowi jest wyjście na bieg. Po kilku minutach już słyszę ten złośliwy głos z tyłu głowy: łeee, nie dasz rady słabeuszu, usiądź lepiej na ławce bo zaraz skonasz.

Wizja rozwalenia się na ławce jest niebywale kusząca, nie powiem, ale przecież to totalna bzdura, że już nie mam siły. W nogach czuję coś zupełnie innego - wiem, że jestem w stanie pocisnąć znacznie więcej, niż mi się wydaje. Biorę więc gremlina za nos, patrzę w jego wyłupiaste oczy i rzucam wyzywającym tonem: Nie? To patrz!

I wpadam w sidła biegania. Patrzę w dół i widzę dwóch wojowników odzianych w różowe buciksy. I choć jeden już zdążył nabawić się otarć to nic a nic nie narzeka - wręcz przeciwnie, chce więcej.

Dziś to poczułam. Radość z biegu. Tylko ja i otaczająca mnie przyroda. Były ciężkie momenty. Gremlin co chwila podstawiał mi nogi. Ale się nie poddałam.

Biegnę. Czuję chłodny wiatr, który smaga moje rozgrzane do czerwoności policzki. Słyszę każde uderzenie butów o twardą asfaltową ścieżkę. Słońce przyjemnie ogrzewa moje ciało. Uśmiecham się do małżeństwa w podeszłym wieku na rowerach. Szacun za aktywne spędzanie czasu w tym wieku. Starszy pan robi mi przejście.
- Też tak kiedyś latałem! - uśmiecha się. Odwzajemniam uśmiech. W moim sercu gości radość. Czuję, jak ulatnia się cały stres, a po moich policzkach ciekną łzy. Łzy żalu i cierpienia. Łzy tego, co było złe. Robię kolejne okrążenie. Ponownie mijam starszych rowerzystów. Macham do nich, chcę dzielić się  moim szczęściem ze wszystkimi. Rozsyłam uśmiechy na prawo i lewo. Niektóre pozostają nieodwzajemnione, nie szkodzi. Ta radość wypływa z głębi serca, nic jej teraz nie zmąci.

Wracam do domu. Spoglądam w lustro. Myślę sobie: Dobra robota. Nie poddam się tak łatwo. Życie to walka. Albo zacznę wchodzić po schodach, albo wrosnę w ziemię oczekując na windę.

PS. Dziś bez zdjęć. Nie miałam na nie czasu, dzień był zbyt piękny, żeby oglądać go przez wyświetlacz w telefonie. Czasem warto się wyłączyć i nacieszyć trwającą chwilą, zamiast za wszelką cenę starać się zrobić jak najlepsze ujęcie... ;-)

środa, 18 maja 2016

Dzień dobry

Uwielbiam obudzić się rano z wystarczającym zapasem czasu na zjedzenie porządnego śniadania. Nie ma nic gorszego od wyjścia z domu z pustym brzuchem - jestem wtedy osłabiona i nie potrafię się na niczym skupić. Pamiętam czasy, gdy w ramach "odchudzania" nie jadłam śniadania, czysta głupota. Teraz wiem, że to od niego w dużej mierze zależy nasza produktywność w ciągu dnia.

Dzisiaj wybór padł na szybką i pyszną owsiankę ;-)


SKŁADNIKI:
4 łyżki płatków owsianych
łyżka siemienia lnianego
pół dojrzałego mango
łyżeczka ostropestu plamistego*
łyżka rodzynek
cynamon
łyżka kremu Rafaello z białej fasoli (opcjonalnie)

Płatki owsiane i siemię zalać gorącą wodą i przykryć talerzykiem. Po kilku minutach (gdy płatki wsiąkną wodę) dodać rodzynki, ostropest i pokrojone w kostkę mango. Całość posypać cynamonem, dodać krem z fasoli. Spałaszować, póki ciepłe.

Życzę smacznego i samych leniwych śniadań :-)

*"Ostropest plamisty (Silybum marianum) to roślina z rodziny astrowatych, którą ceni się szczególnie za działanie antyhepatotoksyczne. Ostropest zapobiega bowiem uszkodzeniom komórek wątroby, nie dopuszczając do łączenia się toksyn z ich powierzchnią. Ponadto, wykazuje działanie cytoprotekcyjne, tzn, łagodzi stres oksydacyjny (przywraca równowagę wewnętrzną organizmu i zapobiega nadmiernemu namnażaniu się wolnych rodników).
Ostropest plamisty swoje właściwości lecznicze zawdzięcza sylimarynie. Sylimaryna chroni wątrobę przed działaniem związków toksycznych i pobudza jej zdolności regeneracyjne."

(źródło: poradnikzdrowie.pl)
Ostropest plamisty (Silybum marianum) to roślina z rodziny astrowatych, którą ceni się szczególnie za działanie antyhepatotoksyczne. Ostropest zapobiega bowiem uszkodzeniom komórek wątroby, nie dopuszczając do łączenia się toksyn z ich powierzchnią. Ponadto wykazuje działanie cytoprotekcyjne, tzn. łagodzi stres oksydacyjny (przywraca równowagę wewnętrzną organizmu i zapobiega nadmiernemu namnażaniu się wolnych rodników), a także antykancerogenne.
Ostropest plamisty swoje właściwości lecznicze zawdzięcza sylimarynie. Jest to kompleks flawonolignanów pochodzenia roślinnego, pozyskiwany z owoców ostropestu. Sylimaryna stabilizuje błony komórkowe hepatocytów wątrobowych, przez co chroni wątrobę przed działaniem związków toksycznych i pobudza jej zdolności regeneracyjne.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/ostropest-wspiera-prace-watroby-wlasciwosci-lecznicze-ostropestu_41905.html
Ostropest wspiera pracę wątroby i chroni jej komórki przed uszkodzeniami

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/ostropest-wspiera-prace-watroby-wlasciwosci-lecznicze-ostropestu_41905.htmlo
Ostropest wspiera pracę wątroby i chroni jej komórki przed uszkodzeniami

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/ostropest-wspiera-prace-watroby-wlasciwosci-lecznicze-ostropestu_41905.html

wtorek, 17 maja 2016

Zatrzymaj się

Zmęczona ciągłym natłokiem myśli w mojej głowie staram się każdego dnia poświęcić kilka minut na wyciszenie. Ostatnio nawet biegałam bez muzyki, żeby wsłuchać się w odgłosy przyrody. Co prawda lekko nie jest - ciężko zmienić przyzwyczajenia mózgu z dnia na dzień. Co chwila podsuwa mi nowe pomysły, problemy, rozwiązania. Analizuje, wybiega w przyszłość albo żałuje czegoś, co już było. Jak to zatrzymać?

Ostatnio przeczytałam wiele artykułów na temat medytacji i jej zbawiennego wpływu na nasze samopoczucie. Większość z nas non stop za czymś goni, chce osiągnąć jakiś cel i nie rozkoszuje się tym, co przytrafia się po drodze. Myślimy sobie: jak już dużo zarobię, to będę szczęśliwy/a. Jak zgubię 5 kg to osiągnę szczęście. Jak już uda mi się zostać prezesem banku to wtedy będę kimś. I ciągle nam mało. W obecnych czasach nie liczy się to, kim jesteśmy, lecz to, co sobą reprezentujemy. Najważniejszy jest stan konta, wykonywana profesja czy smukła sylwetka. Ci, którzy nie wpisują się w te standardy są uważani za nieudaczników albo leniów śmierdzących. Nie macie wrażenia, że dzisiejszy świat zwariował na punkcie sukcesu? Nie wystarczy być - trzeba przede wszystkim mieć. Bezustannie do czegoś dążymy, stawiamy sobie coraz to śmielsze cele zapominając o tym, żeby skupić się na jedynym pewnym aspekcie naszego życia - tu i teraz

W efekcie stajemy się coraz bardziej sfrustrowani - ciągłe rozpatrywanie przeszłości bądź rozmyślanie o przyszłości rozstraja nas od środka. "Co by było, gdyby?", "Co to będzie?", "Jak ja sobie poradzę?" - czy te pytania brzmią znajomo? Nasz mózg produkuje coraz to więcej myśli, niepokojących i negatywnych scenariuszy, które sprawiają, że czujemy się przytłoczeni i nic nas nie cieszy. A przecież mamy tak wiele powodów do radości. Pyszne śniadanie po przebudzeniu. Miła pogawędka z przyjaciółką. Świeżo zaparzona kawa wypita w towarzystwie kogoś bliskiego. Dobra książka. Wieczorny bieg, w trakcie którego możesz porozmawiać z samym sobą.

Uśmiechnij się, jeszcze tyle dobrych chwil przed Tobą :-)


PS. Filmik o medytacji, który oglądałam na ostatnich zajęciach - bardzo inspirujący i motywujący do zatrzymania się w tym wszechobecnym pędzie - polecam :-)

sobota, 14 maja 2016

Czerwono mi

W ramach akcji "zdrowe papu" staram się przemycić do mojego jadłospisu jak najwięcej warzyw. Idealnym sposobem na oswojenie zieleninki (i nie tylko) jest zmiksowanie jej z owocami i koktajl gotowy. Ostatnio padło na mistera buraka, któremu akompaniowało jabłko i ponętna gruszka. Zazwyczaj nie zapraszam gruszki do niezawodnego duetu jabłko-buraczek, jednak tym razem i dla niej znalazło się miejsce w moim różowym blenderze. Do tego szczodra łyżeczka nasion chia, woda do uzyskania pożądanej konsystencji, odrobina soku z cytryny i hurra!, jedno warzywo odhaczone z listy! ;-)

chluśniem bo uśniem

Mimo tego, że staram się włączać coraz więcej warzyw do swojego jadłospisu, to nadal jem ich zdecydowanie za mało. Ale nie wszystko naraz. Lepiej wprowadzać zmiany małymi kroczkami, bo wtedy łatwiej się z nimi oswoić. Teraz jest najlepszy czas na rewolucję w kuchni - piękna, słoneczna pogoda sprawia, że aż chce się jeść zdrowo (zaczęłam ostatnio jeść szczypiorek po kilku latach abstynencji :D)
Miłego dnia (nigdy nie jest za późno na zmiany)!

wtorek, 10 maja 2016

Pyszności

Jak postanowiłam, tak zrobiłam - wróciłam do pięciu zdrowych posiłków. Staram się, aby były smaczne, wartościowe i przyjemne dla oka. Moim wczorajszym odkryciem jest krem Rafaello z białej fasoli. Tak, dobrze widzicie - z białej fasoli! 


Przepis znajdziecie pod tym adresem: http://ugotowane-z-pasja.blogspot.com/2013/02/dietetyczny-krem-rafaello.html

Krem stanowi idealny dodatek do porannej owsianki, naleśników czy pankejków. Jest pyszny, chrupiący i, co najważniejsze, łatwy w przygotowaniu oraz dietetyczny. Czego chcieć więcej? ;-)

Kolejnym odkryciem był przepyszny wegeburger od Papuvege. Od jakiegoś czasu z zaciekawieniem spoglądałam w stronę ich foodtrucku, ustawionego nieopodal moje wydziału, jednak nigdy nie było okazji, żeby coś skosztować. Dzisiaj stwierdziłam, że w ramach akcji "spontaniczne decyzje" skuszę się na burgera z kotletem z soczewicy i pieczarek z dodatkiem sosu BBQ. Jakie było moje zdziwienie, gdy za 13 zł dostałam ogromnego burgera z dodatkiem wegańskiego sera.

Omnomnom

Cóż mogę rzec - burger był świetny! Polecam go w szczególności mięsożercom, którzy uważają, że dobry burger bez mięsa nie istnieje. Spróbujcie a przekonacie się, jak bardzo jesteście w błędzie ;-) 
Omnomnom x2

Jestem pełna optymizmu i wiem, że tym razem uda mi się tak zbilansować posiłki, żeby nie tęsknić za przetworzonym jedzeniem i dokonywać dobrych dla mojego zdrowia i samopoczucia wyborów. Najważniejsze to nasze nastawienie. Nie zakładajmy sobie - już nigdy nie tknę czekolady! Od dzisiaj koniec z cukrem! Więcej nie ruszę pizzy! - bo takie deklaracje tylko sprawiają, że jeszcze bardziej brakuje nam takiego jedzenia. Lepszym rozwiązaniem jest nastawienie się na wprowadzenie zdrowych nawyków, które nie będą zbyt restrykcyjnie ograniczać naszych zachcianek. Masz ochotę na czekoladę? Wybierz gorzką. A jeśli nawet zjesz tę mleczną to świat się nie zawali - raz nie zawsze. No właśnie, w tym tkwi cały sekret. Wszystko z umiarem i w granicach zdrowego rozsądku. Najważniejsze to nie popadać ze skrajności w skrajność - albo restrykcyjna dieta albo hulaj dusza, piekła nie ma! To bardzo niezdrowe podejście i wiem, że zwykle kończy się porażką.
Życzę Wam wytrwałości w dążeniu do zdrowia i nieustawianiu w poszukiwaniu nowych smaków. Razem damy radę! :-)

niedziela, 8 maja 2016

Chwilo trwaj

Po brutalnym zakończeniu detoksu i wizycie Rodzinki doszłam do wniosku, że pora wrócić na właściwe tory. Powrót do starych nawyków zupełnie mi nie służy. Ciągle pamiętam, jak czułam się w trakcie diety oczyszczającej - niesamowicie! Miałam dużo energii, nie byłam senna i miałam ochotę przenosić góry ;-) Teraz wróciła senność, znużenie i brak koncentracji, więc czas zacząć wszystko od nowa. 

Który to już raz? Nie wiem, nie liczę. Ale wiem, że każde doświadczenie należy traktować jako cenną lekcję. Nieważne, ile razy upadasz. Ważne, jak szybko wstajesz i jakie wyciągasz wnioski. Jakie są moje spostrzeżenia? Po pierwsze - organizmu nie oszukasz. Musisz dbać o niego każdego dnia, nie ma drogi na skróty. Jeśli coś nam nie służy to prędzej czy później nasze ciało i umysł dadzą nam o tym znać. Warto wprowadzić w swoim życiu zmiany na lepsze, w końcu czas tak szybko płynie a wiele rzeczy zależy od naszego samopoczucia. Jeśli nie czujesz się dobrze we własnej skórze, to kto może Ci pomóc? Tylko i wyłącznie Ty sam/a. To my w dużej mierze mamy wpływ na to, jak się czujemy i jak postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość.

Chwilo trwaj

Dzisiaj zapadła decyzja - jutro ruszam z tygodniem metamorfozy. Wracam do codziennych ćwiczeń, zdrowego odżywiania i relaksu. Każdego dnia znajdę 5 minut na medytację i wdzięczność za to, co mam. Przestanę martwić się na zapas i spojrzę na wszystko z dystansu. 

Ostatnio, rozmawiając ze starszymi członkami Rodzinki, doszłam do pewnych wniosków. Większość stwierdziła, że człowiek zawsze za czymś goni, tkwi w przeszłości lub wybiega w przyszłość a potem przeżywa "jak to szybko zleciało". Postanowiłam, że dołożę wszelkich starań, aby cieszyć się tym, co tu i teraz. Zawsze roztrząsałam to, co było/będzie i sama złapałam się na myśleniu o tym, jak ten czas szybko leci. To wszystko wina braku skupienia na teraźniejszości. Jesteśmy wszędzie, tylko nie w chwili obecnej. Nie delektujemy się nią, wszka naszą głowę zaprząta tysiąc różnych myśli. Nie zauważamy maleńkich cudów, które dzieją się każdego dnia. Nie słyszymy śpiewu ptaków, nie skupiamy się na uroku rozgwieżdżonego nieba i nie wdychamy subtelnego aromatu świeżo zaparzonej kawy. Krótko mówiąc - bierzemy większość rzeczy w naszym życiu za oczywistość. Wszystkiemu winny jest stres i wieczny wyścig szczurów. Ciągła rywalizacja, chęć bycia lepszym i pogoń za kasą. Mówię temu stanowcze stop. Staram się podchodzić do życia z pokorą. Jedyne, o co teraz modlę się do Boga to zdrowie oraz siła dla mnie i mojej Rodziny, z resztą sobie poradzę. Wiem też, że jeśli człowiek nie docenia małych rzeczy, to z pewnością nie ucieszą go te duże. Dlatego usiłuję skupiać się na tym, co ulotne i kruche - pogawędka przy kawie, spontaniczny grill czy dobra książka. Nie należy czekać, aż wydarzy się coś niezwykłego. Doceniajmy urok chwili. Dostrzeżmy, ile piękna mamy wokół siebie. Spójrzmy na ludzi z uśmiechem. Rozmawiajmy z nimi, bądźmy mili i uczynni. Ale przede wszystkim szanujmy samych siebie - nic nie jest w stanie Cię zdołować, jeśli żyjesz w zgodzie z samym sobą. I tego Wam i sobie życzę - akceptacji siebie i traktowaniu życia jako pięknej przygody, w trakcie której poznajemy skrajne emocje. Najważniejsze to nigdy się nie poddawać i myśleć pozytywnie. Reszta jakoś się ułoży :-)

środa, 4 maja 2016

Szybka granola chrup chrup

Po zakończeniu detoksu (przegrałam w walce z kotletem w stolicy) postanowiłam wrócić do swoich przyzwyczajeń, czyli celebrowania śniadań. Uwielbiam wstawać rano z myślą, że za chwilę w moim pustym brzuszku wyląduje coś smakowitego, typu pankejki, owsianeczka lub kasza jaglana. Nic nie jest w stanie zastąpić tego aromatu roznoszącego się po całej kuchni. Do tego ciepła woda z cytryną, brak pośpiechu i mmm, jestem w niebie :-)

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że dawno nie spałaszowałam granoli na śniadanie. Główną przyczyną jest kiepski skład  tego typu mieszanek dostępnych na rynku. W większości z nich króluje cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, konserwanty i wiele innych paskudztw. Czy jesteśmy zatem skazani na wyrzucenie tego przysmaku ze swojego jadłospisu? Ależ skąd! Wystarczy kilka składników, dobra patelni i... odrobina wolnego czasu. To tylko 10 minut w kuchni, a ile korzyści dla naszego zdrowia!

Przedstawiam Wam mój prościutki przepis* na przepyszną śniadaniową mieszankę, która swoją nazwę zawdzięcza kuszeniu do ciągłego podchrupywania :-)

*większość składników wsypałam "na oko", więc ten przepis to dość duży fristajl ;)

GRANOLA CHRUP CHRUP
1,5-2 szkl. płatków owsianych
mała garść mieszanki ziaren do sałatek (dynia, słonecznik, pinia)
mała garść rodzynek i suszonej żurawiny
ok. 6 łyżek syropu klonowego
łyżka oleju kokosowego
cynamon


Na patelni rozgrzewamy olej kokosowy. Na rozgrzany olej wsypujemy płatki owsiane, mieszamy i prażymy przez kilka minut. Dodajemy mieszankę ziaren, rodzynki, żurawinę, cynamon i syrop klonowy (proponuję próbować w trakcie dodawania, żeby granola nie wyszła za słodka - co kto lubi). Mieszamy tak, żeby syrop klonowy oblepił wszystkie składniki. Dolewamy trochę wody (syrop lekko przywierał mi do patelni), dzięki której płatki zmiękną. Po kilku minutach zdejmujemy z ognia i wcinamy, smacznego! :-)

wtorek, 3 maja 2016

Na jednej ze ścieżek Warszawy

Dzisiaj wybraliśmy się na wycieczkę do stolicy, która przywitała nas niezwykle kapryśną pogodą. Z początku z nieba zaczął siąpić niewinny deszczyk, który po chwili przerodził się w prawdziwą nawałnicę. Niemniej jednak nic nie może zepsuć uroku, który Warszawa niewątpliwie posiada. Muszę przyznać, że pobyt tam był dla mnie ogromną inspiracją. Nasza piękna stolica jest wyjątkowa z wielu powodów, jednak głównym aspektem jej unikalności są względy historyczne. Bardzo zależało mi na odwiedzeniu Muzeum Powstania Warszawskiego, jednak nie było mi to dane - muzeum było dziś nieczynne. Co prawda byłam w nim kilka lat temu podczas wycieczki z klasą, jednak czas i możliwości zwiedzania były wtedy dość okrojone.


Przechadzając się po Warszawie niemal czuć w niej ducha historii. Wiele budynków zostało opatrzonych upamiętniającymi ofiary tablicami, które przypominają jak dzielnie broniono Warszawy. Na samą myśl o tym, co kiedyś rozgrywało się na tych ulicach przechodzi mnie zimny dreszcz. Aż dziw bierze, gdy patrząc na stolicę człowiek zdaje sobie sprawę, że została niegdyś zrównana z ziemią.

Wracając na dworzec natknęliśmy się na symbol Polski Walczącej, tzw. ,,kotwicę", umieszczoną przed gmachem Reduty BP (po więcej info zapraszam na http://www.reduta.pl/historia-budynku). Patrząc na fasadę budynku, na której widnieją ślady walk toczonych w pobliżu, nie potrafiłam ukryć wzruszenia. Gdy pomyślę, ile osób oddało swoje życie w walce za Ojczyznę, nagle moje problemy stają się błahostką. Znikają. Robią się niemal niezauważalne. Bo jak można przejmować się codziennymi sprawami, gdy ludzie w podobnym wieku ginęli, walcząc o wolną Polskę?  W jednej chwili wszystko, z czym się borykamy, przestaje być takie straszne. W końcu nie jesteśmy zmuszeni chwycić za broń i iść na pewną śmierć. Oni nie mieli wyboru. Żyli w zupełnie innej rzeczywistości. Wielu z powstańców to byli młodzi ludzie, których najpiękniejsze lata życia zostały w brutalny sposób przerwane i zniszczone. Czy teraz rozumiesz, jak komfortowe życie wiedziesz? Bez strachu o własne życie i o życie swoich bliskich. Bez lęku, że zza rogu może trafić Cię granat. Oczywiście każdy boi się o przedwczesną śmierć, jednak wtedy szanse na powrót do domu całym i zdrowym były wręcz znikome.

 Reduta Bank Polski

Rozmyślając o Powstaniu i o jego ofiarach, ginących w tej honorowej walce, dopadła mnie niesamowita wena, która domagała się natychmiastowego spisania na pierwszej lepszej ulotce. Poczułam też w sercu niewypowiedziany smutek, który nie pozwolił mi myśleć o niczym innym...

(***) 

Ty pielęgnowałaś mnie przez tyle lat
Pilnowałaś, żebym dobrze zjadł
Na Twej piersi wykarmiony
Twym ramieniem otulony
Tyle błogich lat.

Mamo, nie płacz, nie toń w łzach
Niepotrzebny jest Twój żal 

Potem w świat ruszyłem sam
Chciałem dojść do nieba bram
Lecz wtem nastał wojny czas
Na mej drodze stanął kat.

Mamo, nie płacz, nie toń w łzach
Niepotrzebny jest Twój żal 

Szedłem, mamo, podbić świat
Chciałem użyć młodych lat
Lecz wtem nastał wojny czas
Na mej drodze stanął kat.

Mamo, nie płacz, nie toń w łzach
Niepotrzebny jest Twój żal

Przed spotkaniem z nim, pamiętam!
Zobaczyłem Twe oczęta
A w nich miłość i oddanie
Mógłbym ciągle patrzeć na nie

Mamo, nie płacz, nie toń w łzach
Niepotrzebny jest Twój żal
Bo już wiem, że i dla Ciebie
Czeka miejsce obok - w niebie

Mamo, nie płacz, nie toń w łzach
Niepotrzebny jest Twój żal

poniedziałek, 2 maja 2016

Starocie

Założeniem tego bloga jest możliwość dzielenia się z innymi moimi przemyśleniami, pomysłami, a także twórczością. We wcześniejszych postach wspominałam, jak już od najmłodszych lat uwielbiałam pisać i rymować. Niektóre z tych "dzieł" zachowały się do dzisiaj, więc pomyślałam, że co jakiś czas będę publikować urywki tego, co udało mi się sklecić. 

Dziś zapraszam Was do przeczytania opowiadania, które powstało kilka lat temu. Nie wiem kiedy dokładnie, niemniej jednak mam nadzieję, że nie straciło nic ze swojej wartości ;-)

http://40.media.tumblr.com/d92d34dccdc74b636dd466e8755c00bb/tumblr_mnogxw4iWz1rk5x5go1_500.jpg 

„Rysa na szkle”

Pasuje mi ta nowa szminka w kolorze krwistej czerwieni? Czy może lepiej zostawić ją na romantyczne kolacje z Tym Jedynym? A ta sukienka w groszki – wypada założyć ją na wizytę u teściów? Cholera, znowu paznokieć mi się rozdwoił, a dopiero co zdążyłam zapuścić (wszystkie koleżanki wprost piały z zachwytu – nie ma co się dziwić, przecież zawsze byłam zwolenniczką przystrzyżonych na „maksa”). Nagle z głębokich rozmyślań wyrwało mnie ciężkie westchnienie Ewy – zupełnie zapomniałam o jej obecności, tak bardzo byłam pochłonięta samą sobą. Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem, lecz ona tylko wzruszyła bezradnie ramionami. Drążyć temat, czy czekać, aż sama się otworzy – odwieczny dylemat prawie każdej kobiety, która ma przyjaciółkę płci żeńskiej. Zazwyczaj nie ciągnę ludzi za język, więc zabrałam się za pięknie pachnącą szarlotkę, która, choć nie tak dobra jak mojej kochanej Mamy, była w stanie zadowolić moje wymagające podniebienie. Uwielbiam połączenie jabłek z cynamonem – ten, kto je wymyślił powinien dostać Oskara!
- Nudzę się – burknęła Ewka, wpatrując się w poszarzałe niebo za oknem.
- Przecież sama chciałaś wyjść na kawę – odparłam, niemiło zaskoczona jej nagłym stwierdzeniem.
- Oj, nie chodzi o ciebie – przewróciła oczami – tylko o Mirka.
Omal nie rozdziawiłam ust, wypełnionych solidnym kawałkiem ciasta. Że co? Moja przyjaciółka i jej idealny facet mają jakiekolwiek problemy? Nie mogłam w to uwierzyć. Mirek w moich oczach wydawał się być istotą tak nierealną, że czasem na jego widok miałam ochotę się uszczypnąć. Zawsze wiedział, co powiedzieć, wyręczał ukochaną w codziennych obowiązkach, rano chodził po bułki, nie rozrzucał skarpet i w dodatku parzył świetną kawę. A sposób, w jaki patrzył na Ewę sprawiał, że niejedna zazdrościła jej takiego księcia z bajki. 
- Ale że jak? – tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić, omal nie dławiąc się porządnym kęsem szarlotki. – Coś się stało?
Twarz Ewy posmutniała.
- Właśnie o to chodzi, że nic się nie stało. A dokładniej nic się nie dzieje – mruknęła do siebie. – Odkąd jesteśmy razem rzadko gdzieś wychodzimy, jedyną rozrywką jest wieczorny seans z michą popcornu lub zimnym piwem. Ile my mamy lat, żeby spędzać czas przed telewizorem?
Dwadzieścia sześć. To zdecydowanie za mało, żeby dzień w dzień gnić na kanapie. Ale nie powiedziałam tego głośno. Nie mogłam.
- Słońce, spróbuj z nim porozmawiać – pogładziłam jej dłoń matczynym gestem. – Na pewno coś wymyślicie.
- Myślisz, że nie próbowałam? – obruszyła się, dopijając orzechowe cappuccino. – Dałam mu jasno i wyraźnie do zrozumienia, że chcę zacząć żyć, spotykać się z ludźmi, odkrywać nowe miejsca, szaleć, chodzić do klubów. Jednym słowem korzystać z uroków młodości. Wszystko na nic.
- Ale że jak? Olał cię? – nie byłam w stanie sklecić poprawnie zdania. Idealny Mirek nagle zaczynał się psuć?
- Obiecał, że od teraz będziemy ciekawiej spędzać wolny czas. Następnego dnia zamiast domowego kina była gra w Twistera i grzane wino. Impreza życia. – Przewróciła oczami, rozprostowując palce.
- Przynajmniej coś zmienił. To znaczy próbował. – Uśmiechnęłam się wyrozumiale, usiłując podnieść Ewkę na duchu.
- Słuchaj, ja nie wiem, czy ja… czy my… - Ukryła twarz w dłoniach. Wyraźnie było jej ciężko. – Ja nie wiem, czy ja i Mirek zdołamy się dogadać.
Omal nie zakrztusiłam się natłokiem szokujących wieści. Że jak? Moja przyjaciółka i jej facet – najbardziej dobrana para, jaką kiedykolwiek miałam okazję poznać, ludzie wprost stworzeni dla siebie, dwie połówki jednego jabłka, jedna dusza w dwóch ciałach „nie zdołają się dogadać”? Przecież byli w związku od ponad pięciu lat, mieszkali razem już okrągły rok, znali się jak łyse konie a teraz NIE ZDOŁAJĄ SIĘ DOGADAĆ? Gdybym miała dzieci stawiałabym im Ewę i Mirka za wzór miłości idealnej. Nie, to nie mogło się dziać naprawdę.
- Ewcia, czy ty oszalałaś? – wybałuszyłam oczy. – Przecież wy jesteście sobie pisani. Przeznaczeni! Rozstaniecie się przez głupie seanse na kanapie? Jak to w ogóle brzmi. „O hej, nie jesteśmy razem, bo on wolał siedzieć w domu”?!
- To nie takie proste. W wielu sprawach mamy inne zdanie. Z początku myślałam, że z biegiem czasu nasze oczekiwania wobec życia się pokryją, ale im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej te różnice dają o sobie znać! – trajkotała jak katarynka – Mirek jest kanapowym kinomaniakiem, który najlepiej relaksuje się w rozciągniętych dresach i spranym podkoszulku. Ja natomiast chciałabym tańczyć do upadłego, oglądać filmy pod gołym niebem i robić spontaniczne wycieczki za miasto – wyliczała. – Dla Mirka romantyczna kolacja to ryż z sosem ze słoika i wino w szklankach spożywane we wcześniej wymienionym dresie, a ja chciałabym czasem zjeść coś dobrego w restauracji i mieć okazję na włożenie mojej ukochanej małej czarnej. Mirek woli wstać wcześnie, zrobić zakupy i powdychać rześkie powietrze – ja zaś mam ochotę poprzeciągać się w lawendowej pościeli i śnić o rajskich wakacjach. Poza tym dla niego ślub to sprawa priorytetowa a mnie nie jest do szczęścia potrzebny.
Spojrzałam na nią ze współczuciem. Bo czy naprawdę miała się czym przejmować? Przecież nie sposób znaleźć faceta, który we wszystkim będzie się z nami zgadzał. Właśnie to jest piękne, że my, ludzie, różnimy się od siebie i każdy z nas ma niepowtarzalny charakter. Bycie z kimś, kto nie ma własnego zdania zupełnie do mnie nie przemawiało.
- Posłuchaj – zaczęłam ostrożnie, obserwując jej reakcję – czy byłabyś szczęśliwa z kimś, kto by ci się zupełnie podporządkował? Z kimś, kto na każdą twoją propozycję reagowałby udawanym entuzjazmem? Moim zdaniem powinnaś dać Mirkowi jeszcze jedną szansę i przypomnieć mu, jak szczęśliwi byliście na początku – dodałam łagodnym tonem.
Ewa zmrużyła zielone oczy i westchnęła jeszcze głośniej.
- Na początku było cudownie – rozmarzyła się. – Mirek wysyłał mi romantyczne SMS-y, kupował kwiaty bez okazji i potrafił sprawić, że czułam się pożądana. Kiedyś kazał spakować mi najpotrzebniejsze rzeczy i zabrał mnie na weekend na Mazury. To było coś cudownego! Tylko my, natura i błoga cisza. Prawie nie wychodziliśmy z łóżka! – zachichotała niczym zakochana nastolatka.
- Wystarczy, że mu o tym przypomnisz. O tym, jak kiedyś potrafiliście się bawić i jak spontaniczne były wasze randki. Na pewno będzie chciał do tego wrócić.
- Przecież już mówiłam, że każda z naszych rozmów kończy się tak samo – obruszyła się, skubiąc grafitowy lakier na paznokciach. – Mirek obiecuje poprawę albo tylko kiwa głową i potakuje. To mnie doprowadza do szału! – Ukryła twarz w szczupłych dłoniach. – Zero konfrontacji, nic! Już wolałabym, żeby mi wygarnął prosto z mostu co o tym wszystkim myśli, a nie tylko powtarzał w kółko „dobrze, kochanie, postaram się” albo „rozumiem, wszystko będzie dobrze” – poczerwieniała ze złości. Widziałam, że targają nią skrajne emocje. Fakt, że Mirek nie potrafił przeprowadzić z Ewką szczerej rozmowy tylko pogarszał sytuację. Typowy facet – kobieta uzewnętrznia swoje emocje, mówi szczerze co jej nie pasuje, a on tylko słucha i kiwa głową. Czy istnieje coś bardziej irytującego? W mojej głowie kłębiły się setki myśli. Ewka patrzyła na mnie wyczekująco w nadziei, że coś jej doradzę. Cholera. Wszyscy moi bliscy zawsze pytają mnie o radę, a ja, jak na złość, nigdy nie umiem wymyślić nic mądrego. Nie chciałam jej zawieść, więc uśmiechnęłam się pocieszająco starając się, by moje słowa brzmiały życzliwie i szczerze:
- Ewuś, mam tylko jedną radę. Po powrocie do domu zakładasz swoją ukochaną małą czarną, wygrzebujesz z kosmetyczki dawno nieużywaną czerwoną szminkę i powalasz Mirka na kolana. Kup dobre wino, włącz nastrojową muzykę i powtarzaj w myślach, że jesteś najseksowniejszą kobietą świata! – ciągnęłam – Jak cię zobaczy z pewnością przypomni sobie, jaki skarb ma w domu.
Ewa już chciała wtrącić swoje trzy grosze, ale nie dałam za wygraną.
- Bez dyskusji – powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Jutro zdasz mi relację. bo tego wieczoru z pewnością będziesz zajęta!