czwartek, 30 czerwca 2016

#tworzę again

Gdybanie

Rześkie powietrze ocuciło Tobiasza, gdy ten otworzył okno. Nie spał pół nocy, tak bardzo przejął się losem M. Leżał, przykryty brunatnym pledem w kropki i zastanawiał się, jakby to było, gdyby życie M. potoczyło się inaczej? Czy gdyby miała szczęśliwe dzieciństwo mieszkałaby teraz w tej klitce, byłaby łysa i wychudzona? Lubił siedzieć wieczorami przy gorącym kakao i wyobrażać ją sobie z bujną czupryną i w dziewczęcej sukience; beztroską i roześmianą. Tak bardzo pragnął, by choć raz spojrzała na niego inaczej, jak na faceta, a nie jak na żyjącą istotę. Jej mętny wzrok wyrażał tyle, co nic, cudne psie oczy otaczały krzaczaste brwi i blada, poszarzała wręcz cera. M. z pewnością byłaby piękna, gdyby choć trochę o siebie zadbała, gdyby przestała golić się na łyso i zrozumiała, że w tych workowatych, znoszonych ubraniach wygląda jak chłopak. Tobiasz cierpiał katusze patrząc, jak ciągle zadręcza samą siebie i boi się żywić do ludzi inne uczucie niż nienawiść. Sam nie wiedział, kiedy zakochał się w tej niepozornej dziewczynie. 



Jedynym logicznym wyjaśnieniem było to, że jako jedyny pod tą całą skorupą dojrzał niezwykle wrażliwą i delikatną istotę, która usilnie broniła się przed zaznaniem choć odrobiny szczęścia. Za punkt honoru postawił sobie udowodnienie jej, że nie każdy facet to świnia i może mu bezgranicznie zaufać. Był na każde zawołanie, zawsze pomocny i do dyspozycji. Nie oceniał, nie krytykował, nie narzucał swoich poglądów. Gdy w przypływie histerii Mira okładała go pięściami – nie protestował. Gdy zawzięcie milczała – nie zmuszał jej do rozmowy. Gdy zatrzaskiwała mu drzwi przed nosem – potulnie czekał, aż jej przejdzie. Był niczym kojący balsam na zranioną duszę. Dał M. jasno do zrozumienia, że jest tuż obok, może na niego liczyć, jednak tylko wtedy, gdy sama będzie tego chciała. Mira doskonale zdawała sobie sprawę z jego niezawodności i oddania. Sama świadomość, że za ścianą znajduje się ktoś tak do niej przywiązany, dodawała jej otuchy i sił. I mimo tego, że nie chciała z nim być, to z pewnością zawdzięczała mu wiele i była pewna, że gdyby jej życie potoczyło się inaczej, związałaby się z nim bez wahania. Był niezwykle szarmancki, kulturalny i oczytany, a przy tym uroczy i przyjazny. Wszystko co robił było szczere i niewymuszone, mówił to, co myśli i nigdy nie krył swoich uczuć. Z optymizmem patrzył w przyszłość, choć ta nie rysowała się w różowych barwach. Jednak mimo tylu przeciwności losu codziennie wstawał z nadzieją na lepsze jutro. Każdego ranka M. znajdowała reklamówkę świeżych bułek, zawieszoną na zepsutej klamce i na ten widok mimowolnie wzdychała. 

Ach, jak cudownie byłoby mieć kogoś takiego przy sobie. Budzić się w jego ramionach i widzieć, jak rozciąga swe umięśnione ciało i, z radością wypisaną na twarzy, szykuje się do przeżycia kolejnego ekscytującego dnia. Tobiasz był wymarzonym kandydatem na męża i ojca. Każda teściowa uznałaby go za wzór zięcia doskonałego – nie pali, pije okazjonalnie, nieźle zarabia, ma własne mieszkanie, a do tego jest dżentelmenem z zasadami. Zawsze zadbany i elegancki, Tobiasz działał na zmysły niejednej kobiety. Z obserwacji M. wynikało, że miał kilka adoratorek, z których kilka nie zamierzało dać za wygraną. Dzwoniły, czekały pod drzwiami, przychodziły bez zapowiedzi i siedziały u niego do późna, gdyż Tobiasz nie potrafił żadnej z nich wyprosić. Jednak mimo ich uciążliwości, T. nigdy się nad sobą nie użalał. Postanowił zbywać te zaloty milczeniem i obojętnością, by żadnej nie dać powodu do choćby iskierki nadziei. 

Niestety, jego zamiary nie zawsze były jasno odczytywane. Jedna z zakochanych w nim kobiet, na oko trzydziestoletnia, z krzywym nosem i rudą szopą na głowie była święcie przekonana, że zachowanie Tobiasza spowodowane jest jego nieśmiałością i wstydliwością. Toteż zawzięła się w sobie i postanowiła raz na zawsze przełamać lody. Wcisnęła swe krągłe kształty w czerwoną sukienkę z satyny, wybalsamowała się od stóp do głów i czyhała na obiekt swoich pożądań pod klatką. Kiedy Tobiasz, zmęczony pracą, ujrzał owe „zjawisko” miał ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. Na jego nieszczęście spragniona wrażeń niewiasta zdążyło go zauważyć i słodkim głosem zaćwierkała coś w stylu „Tobi, to ja!”. Zażenowanie Tobiasza nie miało granic, czerwony ze wstydu podreptał w jej kierunku i wymamrotał ledwo dosłyszalnym głosem, że miał ciężki dzień i lepiej będzie, jeśli spotkają się innym razem. Jak to w życiu bywa, nierozumiejąca aluzji kobieta zarządziła, że przyrządzi dla ukochanego pyszny obiad i zrobi wszystko, by się zrelaksował. Nie zważając na protesty, zaciągnęła go siłą na górę i zabrała się za kucharzenie. Z podniecenia zapomniała o gotującym się makaronie, w efekcie czego uraczyła Tobiasza rozgotowanym spaghetti z rozrzedzoną breją. Widząc, że obiekt jej westchnień nie pałaszuje „przysmaku” z prędkością światła, zmarszczyła nos i pognała do kuchni, by przyrządzić deser, który aż do momentu podania był pilnie strzeżoną tajemnicą. Po kilkunastu minutach jęków postawiła przed Tobiaszem budyń pełen grudek, który wyglądał jak jedzenie w filmach, podawane w szkolnych stołówkach ku zgrozie uczniów. By nie zrobić koleżance przykrości, Tobiasz skosztował jej specjału i, pod pozorem bólu głowy, wymknął się do toalety, by wszystko wypluć. Przykro mu było patrzeć, jak znajoma robi z siebie pośmiewisko, więc postanowił choć raz zagrać w otwarte karty, oczywiście delikatnie i z wyczuciem. Wyjaśnił jej, że bardzo ją lubi itepe, itede, jednak nie jest gotowy na związek, a kobieta taka, jak ona, zasługuje na kogoś znacznie lepszego i bardziej doświadczonego. Adoratorka była zaszokowana, patrzyła na niego błagalnym wzrokiem, uśmiechała się słabo i co chwila ocierała pot z czoła. Mimo zapewnień Tobiasza o przyjaźni, nigdy więcej się do niego nie odezwała i przestała zwracać na niego uwagę. Było mu przykro, ale musiał postawić sprawę jasno, żeby zakończyć tę żenującą szopkę. Od współpracowników dowiedział się, że Adela wyszła za mąż za starszego faceta, który uwielbia jeść budyń i pozwala jej trwonić pieniądze na wszystkie zachcianki. Tobiasz z całego serca życzył jej szczęścia i miał nadzieję, że jej mąż jest pasjonatem rozgotowanego jedzenia. Krzyżyk na drogę.

środa, 29 czerwca 2016

#tworzę


Demony 
Zegar pokazywał północ. Za oknem gwar ulicznego ruchu cichł z każdą kolejną minutą. M. przewróciła się na drugi bok, całe ciało miała mokre i lepkie od potu. Na próżno próbowała zagrzać lodowate stopy - nic nie przynosiło oczekiwanego efektu. Miotała się z jednego końca łóżka na drugi, drgawki nie ustępowały a pot oblewał ją coraz to nowymi strumieniami. W głowie wciąż huczało jej "Twój ojciec". Ojciec. Przecież ona nie ma ojca, jest sierotą z domu dziecka. Jak to możliwe? To chyba jakiś kiepski żart albo M. gra po prostu w tanim filmie lub wenezuelskim tasiemcu. Nie chce go widzieć. Po co jej on? Przez dwadzieścia osiem lat miał ją w nosie a teraz odzywa się, jak gdyby nigdy nic? To jakiś nieśmieszny dowcip do cholery? Dość w życiu przeszła, więc teraz chciała w spokoju uporać się z demonami przeszłości, sama, z dala od tego, co było, z dala od nękających ją wspomnień. Tak bardzo starała się zapomnieć, wymazać dawne wydarzenia i uzmysłowić sobie, że może zacząć wszystko od nowa, jako zupełnie inna osoba.
I gdy sądziła, że najgorsze ma już za sobą, demony przeszłości wróciły. Ze zdwojoną siłą. Wzięła głęboki oddech. Co jeszcze może ją spotkać w tym, pożal się Boże, życiu? (...)
 dd
Rozterki
 
Sama nie wiedziała, co jest silniejsze - pogarda i wstręt wobec ojca, czy głęboko skrywane i tłumione pragnienie posiadania kogoś bliskiego. Sama świadomość, że może w końcu spojrzeć mu prosto w twarz i wykrzyczeć, co o nim myśli, przyprawiała ją o szybsze bicie serca. Zerknęła na zmiętoszony list, żałosne zaproszenie na "rodzinną" przechadzkę. M. nie mogła zrozumieć samej siebie - jak ona w ogóle mogła brać możliwość pójścia na spotkanie pod uwagę?! Przecież ten facet jest w połowie winny jej klęski, wszystkich cierpień, których doznała, każdej najmniejszej rany w sercu, gojącej się od wielu, wielu lat. Z drugiej strony sama wizja obrzucenia go pełnym odrazy i obrzydzenia spojrzeniem była dla M. niezwykle kusząca.
Chciała ujrzeć człowieka, który spieprzył jej życie, by słono mu za to zapłacić (...)  
dd
Męcz mnie, dręcz mnie, złam mnie
 
Minął tydzień, który M. przeleżała w łóżku. Od nadmiaru wrażeń (albo raczej od picia zimnych trunków wprost z lodówki) nabawiła się gorączki i nie miała na nic siły. Biedny tatuś. Stał sam w parku. Jaka szkoda. List napisał, nawet adres zdobył a tu taaakie rozczarowanie. Co on sobie myślał? Że odezwie się do obcej osoby jak gdyby nigdy nic i po sprawie? Że wynagrodzi jej lata cierpień i odosobnienia kilkoma machnięciami długopisu? Że wpierniczy się w jej życie z buciorami i będzie zgrywał rolę kochającego tatusia? Dobre sobie. A może potrzebuje czegoś i nagle przypomniał sobie, że kiedyś kogoś spłodził? To, że użyczył plemników, by powstała nie oznacza, że może zjawiać się ni stąd ni zowąd i prosić o spotkanie. Jedynie z biologicznego punktu widzenia mieli ze sobą coś wspólnego. A tak w ogóle to nie było tematu – szanowny pan Kurz mógłby nie istnieć i to by M. nie zrobiło żadnej różnicy. Miała go w głębokim poważaniu i nie chciała zmieniać tego stanu rzeczy. Wiele lat temu pogodziła się z samotnością i z tym, że musi sama stawić czoła życiu, bez niczyjego wsparcia. Skoro jej, pożal się Boże, tatuś nagle poczuł przypływ ojcowskiej miłości to niech sobie zrobi kolejne dziecko, bo M. z pewnością nie będzie grać w jego żałosne gierki.

***
- A to skurwiel… - wyszeptała, nie wierząc własnym oczom. Jej skrzynka była po brzegi zapchana listami od ojca. Większość z nich miała błagalny charakter, jakby na niczym innym mu nie zależało. Pisał, że nie da jej spokoju dopóty, dopóki nie poświęci mu chwili na spotkanie. Zastrzegł, że potrafi być nachalny i zrobi wszystko, by z nią porozmawiać, o ile sama nie zdecyduje się na jakiś krok. Z jego listów wynikało, że jest bardzo zdesperowany i nie odpuści.
- Bez przesady, nie może być aż tak źle, trochę popisze i zapomni – machnęła ręką, pozbywając się listów jednym rzutem do osiedlowego kosza.

***
Co jak co, ale M. z pewnością nie była nieomylna. Od ostatniej wizyty w skrzynce na listy nie zaznała spokoju. Ojciec sterczał pod jej drzwiami niemal od świtu do nocy, tarasując jedyną drogę po fajki. Odcięta od szlaku komunikacyjnego ubłagała Tobiasza, żeby podawał jej prowiant w postaci sucharów, kawy i fajek przez okno. Prosiła również o coś mocniejszego dla uspokojenia skołatanych nerwów, jednak Tobiasz kategorycznie odmówił.
- Jak cię tak suszy, to wyjdź do sklepu, ja do tego ręki nie przyłożę – i znikał za firanką, głuchy na jej łzawe prośby.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, wróciła do rysowania. Wygrzebała spod łóżka ryzy brudnego papieru i zaczęła szkicować. Jak zwykle zapełniała kartkę ciemnymi, przygnębiającymi barwami, przelewając duszę na papier. Jednak to nic nie dało. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, czas jakby stał w miejscu. Co rusz podchodziła do drzwi sprawdzając, czy jest już wolna. Niestety – ciemna postać uporczywie sterczała na ostatnich schodkach, czytając poranną gazetę. Może kawki do tego? Papieroska? M. szlag trafiał, ten chory człowiek wystawał pod jej drzwiami jakby był windykatorem a ona potwornym dłużnikiem. Nie, tak dalej być nie może. Jak się stąd nie wyniesie to wezwie policję. Zabiorą świra i po sprawie. Taką przynajmniej miała nadzieję...

(CDN.)

wtorek, 28 czerwca 2016

#tworzę

Jak wiecie, pisanie od dawna jest moją pasją. Postanowiłam, że od dziś będę regularnie zamieszczać wytwory mojej wyobraźni. Będą to opowiadania, fragmenty książki, tudzież wiersze. Jeśli komuś się to nie spodoba - trudno, piszę dla siebie i dla własnej satysfakcji. Ciężko jest dzielić się z kimś tak prywatnym elementem swojej przestrzeni, jednak pisanie dla siebie przestało sprawiać mi frajdę, więc oto otwieram przed Wami swoją twórczą szufladę ;-)

"M."
Zbliżał się ciepły i parny czerwcowy dzień. Najdłuższy w roku, tak dla ścisłości. Powietrze przepełnione było zapachem topiącego się asfaltu, w którym swoje ślady zostawiały co po niektóre samochody. Ludzie leniwie przetaczali się przez miasto, zmierzając w przeciwnych kierunkach. Życie toczyło się swoim torem, nie zważając na niczyje troski czy cierpienia. M. rozłożyła się na parkowej ławce, wyciągając kościste ręce przed siebie. Słońce raziło ją w oczy, bo po raz n-ty w tym tygodniu zapomniała nałożyć na piegowaty nos biedronkowe „Ray-Bany” za całe pięć zeta.

- Kurwa – mruknęła, z właściwą dla siebie gracją. Nic nie denerwowało M. bardziej niż słońce, które niemiłosiernie piekło każdy fragment jej bladego ciała. Pociągnęła spory łyk piwa, które już zdążyło zrobić się ciepłe, i wypluła je na trawę. Nienawidziła teraz wszystkiego, co było w zasięgu jej wzroku. Tak właściwie to tego, co poza, też nie darzyła największą sympatią. Zbrzydły jej te same widoki, ci sami ludzie i monotonia dnia codziennego. Każdego dnia musiała się urżnąć, żeby choć na chwilę zapomnieć o swojej nędznej egzystencji. Nie miała nikogo, nie chciała niczego i wszystko było jej obojętne. Wybuch wulkanu gdzieś na drugim końcu świata? I don’t care. Pięćdziesiąt ludzi straciło życie w katastrofie samolotu? So what? Co ją to mogło obchodzić, miała wyjebane na wszystko. I wszystkich. Nie interesowały jej romanse sąsiadki spod piątki, która łajdaczyła się z hydraulikiem, listonoszem i sprzedawcą warzyw. Nie zwracała najmniejszej uwagi na alkoholizm właściciela pubu obok ani na jego kulawego psa. Nie chciała słuchać awantur, których odgłosy dochodziły zza ściany dzień w dzień. Miała wszystko w głębokim poważaniu. A ściślej w dupie, jak zwykła mawiać. 

Zaciągnęła się mentolowym Marlboro. To było to. Gryzący dym wypełniał jej płuca, czuła jego smak całą sobą. Wolność. Tak, czuła się cholernie wolna. Nie miała na głowie dzieci, ośmiu kotów ani męża tyrana, który bezustannie sprawdza jej pocztę. Nie musiała użerać się z szefem o żenująco niską wypłatę, nie chodziła do znienawidzonej pracy i nie miała do kogo iść na niedzielny i sztywny obiadek. Wylegiwała się do południa, jadła zajebiście niezdrowe rzeczy, popijając je piwem (obowiązkowo zimnym!) lub tanim winem. Mogła robić to, na co miała ochotę. Z kim, gdzie i kiedy chciała.

- Ach – jęknęła, tak jej było dobrze. Dobre szlugi, pusta przestrzeń i zero istot żywych w promieniu stu tysięcy kilometrów. No dobra, co najwyżej stu metrów. Ale M. o to nie dbała. Zdawała się śnić na jawie. Nie słyszała rozdzierającego wrzasku osiedlowych bachorów, które teraz kłóciły się o to, kto ma być głupim Jasiem. Ani lamentu ich matek, pertraktujących o wyższości jednych pieluch nad drugimi. Była samotna pośród tłumu, zagubiona we własnym świecie, do którego nikt nie miał dostępu. Zamkniętego na osoby z zewnątrz. Tylko ona i jej własna, prywatna przestrzeń. Zajebiście pusta. Zajebiście wolna. Zajebiście swobodna...

(CDN.)

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jaglany jabłecznik

Koniec sesji = więcej czasu na gotowanie. Ostatnio w moim menu goszczą głownie warzywa, jaglanka i owoce. Staram się jeść lżej, bo wtedy czuję się lepiej. Moim ulubionym zajęciem jest eksperymentowanie w kuchni - albo wyjdzie albo nie, ryzyk fizyk. Staram się wymyślać nowe połączenia, bo znudziło mnie szablonowe jedzenie. Szokiem dla niektórych może być fakt, że od jakiegoś czasu staram się zjadać na śniadanie jaglankę z warzywami. Ja i niesłodkie śniadanie? To nowość. Ale lubię próbować nowości. Najważniejsze, żeby było na ciepło - nie znoszę zimnych śniadań, brrr. 

Jak każda kobieta miewam ochotę na "coś słodkiego". Najchętniej na talerz gofrów z masłem orzechowym i bananem. Albo duży kawał ciasta czekoladowego. Lody orzechowe z polewą czekoladową. Ale potem przypominam sobie, że przecież rzuciłam sobie wyzwanie: zero kupnych słodyczy i to sprowadza mnie z powrotem na ziemię. Na szczęście jest wiele zdrowych zamienników sklepowych słodkości i wystarczy odrobina czasu i kreatywności, żeby zadowolić wszystkie zmysły. 

Choć ciastka ukryte w szufladzie,
I wciąż myślę o czekoladzie,
Choć lody mnie w sklepie wołają,
I do koszyka się pchają,
Choć kusi mnie wszystko, co słodkie -
Zrobiłam jaglaną szarlotkę ;-)


Jaglany jabłecznik
Składniki na dużą blaszkę:
CIASTO:
1,5 szkl. kaszy jaglanej
3 szkl.mleka owsianego (z tego przepisu) LUB 3 szkl. wody
pół kubka suszonych daktyli
syrop klonowy/miód
odrobina soli
cynamon
aromat waniliowy

3-4 jabłka
3-4 łyżki kaszy manny
cynamon

KRUSZONKA:
kilka łyżek płatków owsianych
łyżka oleju kokosowego/masła
łyżka lub dwie syropu klonowego/miodu
cynamon
"wytłoczki" (pozostałość po zrobieniu mleka owsianego)
 migdały

1. Przygotowania zacząć od zrobienia mleka owsianego. 
2. Następnie zalać daktyle gorącą wodą i odstawić do namoczenia.
3. Kaszę jaglaną wypłukać wrzątkiem, zalać mlekiem, dodać szczyptę soli i doprowadzić do wrzenia. 4. Przykręcić gaz, gotować kaszę na małym ogniu ok. 10-12 min. 
5. W międzyczasie obrane jabłka zetrzeć na tarce o dużych oczkach i wymieszać z kaszą manną i cynamonem. 
6. W osobnej misce wymieszać składniki na kruszonkę (olej kokosowy/masło musi mieć płynną konsystencję). Kruszonka powinna być zwarta i lepka.
7. Ugotowaną kaszę zblendować z namoczonymi daktylami, syropem klonowym/miodem, cynamonem oraz aromatem klonowym. Dolać trochę wody i w razie potrzeby dosłodzić masę.
8. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, wyłożyć ciasto (masa się lepi, więc warto użyć do tego silikonowej łopatki zwilżonej wodą).
9. Na ciasto wyłożyć jabłka i kruszonkę.
10. Piec ok 40-45 minut w temp. 170 st. 
W trakcie pieczenie sprawdzić, czy kruszonka się nie przypiekła. Jeśli będzie dobrze zrumieniona, włączyć grzanie od dołu.

Jaglany jabłecznik jest smaczny i zdrowy. To idealny zamiennik niezdrowych słodkości, który, oprócz smaku, niesie ze sobą mnóstwo zdrowotnych korzyści. Nic, tylko jeść i pięknieć :D

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jaglankowe love

Muszę przyznać, że ostatnio trochę zaniedbałam bloga ze względu na sesję i ogólny brak motywacji. A potem laptop wylądował w naprawie i, choć była wena, to możliwości napisania konkretnego postu brak. Czas tak szybko leci i, nim zdążyłam się zorientować, już połowa czerwca za mną. Na przesilenie letnie (nie wiem, czy coś takiego istnieje, przyjmijmy, ze tak) najlepsze jest smaczne i pożywne śniadanko, a jak!

Co jest najlepsze na rozpoczęcie poranka?
Królowa Wszystkich Kasz* - Jaglanka :-)


Wege budyń czekoladowy z jabłkiem

Składniki:
1 porcja
3 łyżki kaszy jaglanej
dojrzały banan
łyżeczka lub dwie naturalnego kakao
jabłko
orzeszki ziemne

Kaszę jaglaną wypłukać wrzątkiem i zalać ok 1/3 szkl. wody. Doprowadzić do wrzenia i gotować na małym ogniu ok. 10-12 minut (w trakcie sprawdzić, czy kasza już wchłonęła wodę i w razie potrzeby dolać). Ugotowaną kaszę zblendować z bananem i kakao. Dosłodzić do smaku wedle własnych upodobań.
W osobnym garnuszku uprażyć pokrojone w kostkę jabłko z niewielką ilością wody (można dodać pól łyżeczki oleju kokosowego lub masła). W blenderze rozdrobnić orzeszki ziemne, lub użyć kupnego masła orzechowego.

Smacznego :-)

*Dlaczego mam taką zajawkę na kaszę jaglaną? Powodów jest wiele: kasza jaglana ogrzewa i odkwasza organizm (co jest bardzo ważne przy zachodnim stylu odżywiania, w którym większość produktów ma działanie zakwaszające), a zawarta w niej krzemionka ma zbawienny wpływ na włosy, skórę i paznokcie. Oprócz tego jaglanka nie zwiera glutenu, jest lekkostrawna i usuwa nadmiar śluzu z organizmu. Dodatkowym atutem kaszy jaglanej jest jej neutralny smak - pasuje ona zarówno do dań wytrawnych jak i słodkich. W wymyślaniu dań z jaglanką w roli głównej ogranicza nas tylko wyobraźnia - kotlety, budynie, placki, ciasta, kremy - możliwości są tysiące.

I jak, czy jutro na Waszym stole zagości jaglanka? ;-)

czwartek, 9 czerwca 2016

Lekko #2

Sezon na truskawki w pełni, więc korzystam jak tylko mogę :-) Oczywiście najlepiej smakują te z działki, które zerwie się samemu. Po wypełnieniu koszyka szybka burza mózgów i po chwili zapala się w głowie lampka: koktajl - najlepsze rozwiązanie na upały oraz sprytny sposób na przemycenie dużej ilości warzyw. Dziś miks truskawkowo-warzywny :-)

mów mi Picasso

SKŁADNIKI:
2 porcje
ok. 2-3 garści truskawek
2-3 garści jarmużu
dwie łodygi selera naciowego
kiwi
jabłko
łyżeczka ostropestu plamistego
kilka kropel soku z cytryny


Wszystkie składniki zmiksować, dodać wody do uzyskania pożądanej konsystencji.

I tym oto sposobem wsunęłam trochę jarmużu i selera, których smak w koktajlu jest w ogóle niewyczuwalny :-)
Do koktajlu dodałam trochę orzechów, żeby witaminy zawarte w owocach i warzywach mogły się rozpuścić w ich tłuszczu.

Miłego i owocnego dnia :-)

piątek, 3 czerwca 2016

Dylematy

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że już dawno nie umieściłam na blogu żadnego wpisu z opowiadaniem tudzież wierszem. Dziś, kierowana nagłym impulsem, usiadłam i machnęłam krótką historię. Zapraszam do lektury :-)


"Dylematy"

- Nie pasuje do tego świata – mruknęła Werka, zatapiając się w rozdygotanych myślach, kołaczących się po jej głowie. – Jestem zmęczona udawaniem. Że zależy mi na obronie dyplomu, że chcę mieć dobrą posadę i pokaźną sumkę na koncie przed trzydziestką. Nie chcę gonić za nie wiadomo czym. Mam ochotę rzucić wszystko i ruszyć w nieznane, tak po prostu.
Doskonale ją rozumiałam. Studia, które miały być furtką do lepszej przyszłości okazały się być jednym wielkim pasmem udręk i frustracji. Totalnie zbędne przedmioty, okienka między zajęciami i uczenie się super „potrzebnych” rzeczy doprowadzały nas do szału. A gdzie te wizje o skupianiu się na tym, co się lubi i zdobywaniu potrzebnej wiedzy? Błagam was. Można to włożyć między bajki. Tydzień wypełniony po brzegi i co z tego?
- Od zawsze byłam marzycielką – rzuciła, nakręcając na palec pasmo blond loków. – A studia to we mnie zdusiły. Zapomniałam o swoich planach, priorytetach i w całości poświęciłam się pogoni za stypendium, uznaniem otoczenia i zdobyciem tytułu. Już nawet nie wiem, o czym tak naprawdę marzę, czuję tylko obojętność i brak chęci do czegokolwiek – ciągnęła – Najgorsze jest ta myśl, że poszłam na studia, bo tego ode mnie wymagano. Taka była wizja mojej przyszłości, nikomu by nawet do głowy nie przyszło, że mogłabym nie wyruszyć w drogę po tytuł magistra!
Presja otoczenia – coś, przez co większość z nas podejmuje nie do końca zadowalające nas decyzje. Znam wiele osób, które duszą się w swoim życiu, jednak boją się zmian, żeby nie wyjść poza schemat i nie wyróżniać się na tle ogółu. Ilu ludzi narzeka na swoją pracę czy studia i nic z tym nie robi, bo tak wypada, bo tak jest łatwiej. Każdy dzień jest podobny do poprzedniego, przychodzi apatia, stagnacja i, nim się zdążymy zorientować, stajemy się zgnuśniałymi dorosłymi, których tak bardzo nie lubiliśmy będąc dziećmi.
- Domyślam się, że nic z tym nie zrobisz? – spytałam, dopijając mrożone latte. Werka westchnęła. Przygryzła blade wargi, jakby odpowiedź nie chciała jej przejść przez gardło.
- A co mam zrobić? – odparła zrozpaczonym głosem – Rodzice we mnie wierzą, pomagali mi, wspierali i teraz mam im powiedzieć sajonara, rzucam wszystko i jadę w siną dal? Nie bądź śmieszna, to nie takie proste – dodała z przekąsem.
Nie byłam pewna, co jej odpowiedzieć. Na samą myśl, że moja najlepsza przyjaciółka ma po dziurki w nosie własnego życia i ulatuje z niej cały dotychczasowy entuzjazm, miałam ochotę doradzić jej ten spontaniczny wyjazd. Ale co z resztą? Co z wykształceniem? Co z rodzicami? Istniej duże prawdopodobieństwo, że odebraliby jej decyzję jak wymierzony im siarczysty policzek. Mogliby nawet odsunąć się od niej, jeśli po tylu latach ich starań zrobiłaby coś takiego. Uśmiechnęłam się do niej blado. Położenie, w którym się znalazła, nie było zbyt wesołe – gonić za marzeniami i rzucić wszystko, czy przemęczyć się i skończyć to, co zaczęła? Po raz pierwszy nie wiedziałam, jakiej udzielić jej rady, czułam się bezsilna jak nigdy.
Widząc konsternację wypisaną na mojej twarzy, Werka tylko pokiwała głową i mruknęła:
- No i widzisz, nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji. Pozostaje tylko pogodzić się z losem i odłożyć marzenia na później...