Rześkie powietrze ocuciło
Tobiasza, gdy ten otworzył okno. Nie spał pół nocy, tak bardzo przejął się
losem M. Leżał, przykryty brunatnym pledem w kropki i zastanawiał się, jakby to
było, gdyby życie M. potoczyło się inaczej? Czy gdyby miała szczęśliwe
dzieciństwo mieszkałaby teraz w tej klitce, byłaby łysa i wychudzona? Lubił
siedzieć wieczorami przy gorącym kakao i wyobrażać ją sobie z bujną czupryną i
w dziewczęcej sukience; beztroską i roześmianą. Tak bardzo
pragnął, by choć raz spojrzała na niego inaczej, jak na faceta, a nie jak na
żyjącą istotę. Jej mętny wzrok wyrażał tyle, co nic, cudne psie oczy otaczały
krzaczaste brwi i blada, poszarzała wręcz cera. M. z pewnością byłaby piękna,
gdyby choć trochę o
siebie zadbała, gdyby przestała golić się na łyso i zrozumiała, że w tych
workowatych, znoszonych ubraniach wygląda jak chłopak. Tobiasz cierpiał katusze
patrząc, jak ciągle zadręcza samą siebie i boi się żywić do ludzi inne uczucie
niż nienawiść. Sam nie wiedział, kiedy zakochał się w tej niepozornej
dziewczynie.
Jedynym logicznym wyjaśnieniem było to, że jako jedyny pod tą całą skorupą dojrzał niezwykle wrażliwą i delikatną istotę, która usilnie broniła się przed zaznaniem choć odrobiny szczęścia. Za punkt honoru postawił sobie udowodnienie jej, że nie każdy facet to świnia i może mu bezgranicznie zaufać. Był na każde zawołanie, zawsze pomocny i do dyspozycji. Nie oceniał, nie krytykował, nie narzucał swoich poglądów. Gdy w przypływie histerii Mira okładała go pięściami – nie protestował. Gdy zawzięcie milczała – nie zmuszał jej do rozmowy. Gdy zatrzaskiwała mu drzwi przed nosem – potulnie czekał, aż jej przejdzie. Był niczym kojący balsam na zranioną duszę. Dał M. jasno do zrozumienia, że jest tuż obok, może na niego liczyć, jednak tylko wtedy, gdy sama będzie tego chciała. Mira doskonale zdawała sobie sprawę z jego niezawodności i oddania. Sama świadomość, że za ścianą znajduje się ktoś tak do niej przywiązany, dodawała jej otuchy i sił. I mimo tego, że nie chciała z nim być, to z pewnością zawdzięczała mu wiele i była pewna, że gdyby jej życie potoczyło się inaczej, związałaby się z nim bez wahania. Był niezwykle szarmancki, kulturalny i oczytany, a przy tym uroczy i przyjazny. Wszystko co robił było szczere i niewymuszone, mówił to, co myśli i nigdy nie krył swoich uczuć. Z optymizmem patrzył w przyszłość, choć ta nie rysowała się w różowych barwach. Jednak mimo tylu przeciwności losu codziennie wstawał z nadzieją na lepsze jutro. Każdego ranka M. znajdowała reklamówkę świeżych bułek, zawieszoną na zepsutej klamce i na ten widok mimowolnie wzdychała.
Jedynym logicznym wyjaśnieniem było to, że jako jedyny pod tą całą skorupą dojrzał niezwykle wrażliwą i delikatną istotę, która usilnie broniła się przed zaznaniem choć odrobiny szczęścia. Za punkt honoru postawił sobie udowodnienie jej, że nie każdy facet to świnia i może mu bezgranicznie zaufać. Był na każde zawołanie, zawsze pomocny i do dyspozycji. Nie oceniał, nie krytykował, nie narzucał swoich poglądów. Gdy w przypływie histerii Mira okładała go pięściami – nie protestował. Gdy zawzięcie milczała – nie zmuszał jej do rozmowy. Gdy zatrzaskiwała mu drzwi przed nosem – potulnie czekał, aż jej przejdzie. Był niczym kojący balsam na zranioną duszę. Dał M. jasno do zrozumienia, że jest tuż obok, może na niego liczyć, jednak tylko wtedy, gdy sama będzie tego chciała. Mira doskonale zdawała sobie sprawę z jego niezawodności i oddania. Sama świadomość, że za ścianą znajduje się ktoś tak do niej przywiązany, dodawała jej otuchy i sił. I mimo tego, że nie chciała z nim być, to z pewnością zawdzięczała mu wiele i była pewna, że gdyby jej życie potoczyło się inaczej, związałaby się z nim bez wahania. Był niezwykle szarmancki, kulturalny i oczytany, a przy tym uroczy i przyjazny. Wszystko co robił było szczere i niewymuszone, mówił to, co myśli i nigdy nie krył swoich uczuć. Z optymizmem patrzył w przyszłość, choć ta nie rysowała się w różowych barwach. Jednak mimo tylu przeciwności losu codziennie wstawał z nadzieją na lepsze jutro. Każdego ranka M. znajdowała reklamówkę świeżych bułek, zawieszoną na zepsutej klamce i na ten widok mimowolnie wzdychała.
Ach, jak cudownie byłoby mieć kogoś
takiego przy sobie. Budzić się w jego ramionach i widzieć, jak rozciąga swe
umięśnione ciało i, z radością wypisaną na twarzy, szykuje się do przeżycia
kolejnego ekscytującego dnia. Tobiasz był wymarzonym kandydatem na męża i ojca.
Każda teściowa uznałaby go za wzór zięcia doskonałego – nie pali, pije
okazjonalnie, nieźle zarabia, ma własne mieszkanie, a do tego jest dżentelmenem
z zasadami. Zawsze zadbany i elegancki, Tobiasz działał na zmysły niejednej
kobiety. Z obserwacji M. wynikało, że miał kilka adoratorek, z których kilka
nie zamierzało dać za wygraną. Dzwoniły, czekały pod drzwiami, przychodziły bez
zapowiedzi i siedziały u
niego do późna, gdyż Tobiasz nie potrafił żadnej z nich wyprosić. Jednak mimo ich
uciążliwości, T. nigdy się nad sobą nie użalał. Postanowił zbywać te zaloty
milczeniem i
obojętnością, by żadnej nie dać powodu do choćby iskierki nadziei.
Niestety,
jego zamiary nie zawsze były jasno odczytywane. Jedna z zakochanych w nim
kobiet, na oko trzydziestoletnia, z krzywym nosem i rudą szopą na głowie była
święcie przekonana, że zachowanie Tobiasza spowodowane jest jego nieśmiałością
i wstydliwością. Toteż zawzięła się w sobie i postanowiła raz na zawsze
przełamać lody. Wcisnęła swe krągłe kształty w czerwoną sukienkę z satyny, wybalsamowała
się od stóp do głów i czyhała na obiekt swoich pożądań pod klatką. Kiedy
Tobiasz, zmęczony pracą, ujrzał owe „zjawisko” miał ochotę uciekać, gdzie
pieprz rośnie. Na jego nieszczęście spragniona wrażeń niewiasta zdążyło go
zauważyć i słodkim głosem zaćwierkała coś w stylu „Tobi, to ja!”. Zażenowanie
Tobiasza nie miało granic, czerwony ze wstydu podreptał w jej kierunku i
wymamrotał ledwo dosłyszalnym głosem, że miał ciężki dzień i lepiej będzie,
jeśli spotkają się innym razem. Jak to w życiu bywa, nierozumiejąca aluzji
kobieta zarządziła, że przyrządzi dla ukochanego pyszny obiad i zrobi wszystko,
by się zrelaksował. Nie zważając na protesty, zaciągnęła go siłą na górę i
zabrała się za kucharzenie. Z podniecenia zapomniała o gotującym się makaronie,
w efekcie czego uraczyła Tobiasza rozgotowanym spaghetti z rozrzedzoną breją.
Widząc, że obiekt jej westchnień nie pałaszuje „przysmaku” z prędkością
światła, zmarszczyła nos i pognała do kuchni, by przyrządzić deser, który aż do
momentu podania był pilnie strzeżoną tajemnicą. Po kilkunastu minutach jęków
postawiła przed Tobiaszem budyń pełen grudek, który wyglądał jak jedzenie w
filmach, podawane w szkolnych stołówkach ku zgrozie uczniów. By nie zrobić
koleżance przykrości, Tobiasz skosztował jej specjału i, pod pozorem bólu
głowy, wymknął się do toalety, by wszystko wypluć. Przykro mu było patrzeć, jak
znajoma robi z siebie pośmiewisko, więc postanowił choć raz zagrać w otwarte
karty, oczywiście delikatnie i z wyczuciem. Wyjaśnił jej, że bardzo ją lubi
itepe, itede, jednak nie jest gotowy na związek, a kobieta taka, jak ona,
zasługuje na kogoś znacznie lepszego i bardziej doświadczonego. Adoratorka była
zaszokowana, patrzyła na niego błagalnym wzrokiem, uśmiechała się słabo i co
chwila ocierała pot z czoła. Mimo zapewnień Tobiasza o przyjaźni, nigdy więcej
się do niego nie odezwała i przestała zwracać na niego uwagę. Było mu przykro,
ale musiał postawić sprawę jasno, żeby zakończyć tę żenującą szopkę. Od
współpracowników dowiedział się, że Adela wyszła za mąż za starszego faceta,
który uwielbia jeść budyń i pozwala jej trwonić pieniądze na wszystkie
zachcianki. Tobiasz z całego serca życzył jej szczęścia i miał nadzieję, że jej
mąż jest pasjonatem rozgotowanego jedzenia. Krzyżyk na drogę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz