wtorek, 30 sierpnia 2016

#proza życia

***

Lubię Cię dotykać przed zaśnięciem
Kosztować ust słodkich
Odczuwać napięcie

Lubię Cię dotykać przed zaśnięciem
Oddychać wspólnie
Ogarniać przestrzeń

Lubię Cię dotykać przed zaśnięciem
Powoli wpadać
W wiry uniesień

Lubię Cię dotykać przed zaśnięciem
To moje miejsce -
Twoje ramiona

Nic więcej.

#różne



Widok z Barnetu na panoramę Londynu 

Przyznaję bez bicia - zaniedbałam bloga. Obowiązki, zwiedzanie, poznawanie nowych osób - to wszystko pochłania lwią część mojego czasu. Staram się wycisnąć ten czas jak cytrynę, więc nie spędzam wiele czasu przed ekranem komputera. Wolę w tym czasie zrobić coś bardziej pożytecznego. Na przykład usiąść na ławce w jednej z najbardziej różnorodnych dzielnic - Wood Greenie, poczytać książkę i machnąć wiersz. O tak. A nawet dwa.

"Szczęście"
Szczęście. Uderza.
Przychodzi do ciebie w najgorszym momencie.
Nie biegnie.
Powoli przybliża się ciepłe powietrze.
Jest miękkie.
Jest miękkie i słabe jak drzewo na wietrze. 
Nic więcej.
Nic więcej prócz niego od życia już nie chcesz.
To piękne.
To piękne, gdy wkładam kwiecistą sukienkę.
Czas biegnie.
Czas biegnie, ja czuję jak bije mi serce.

To piękne.
Gdy serce mi bije w kwiecistej sukience.

 ***
A teraz zapraszam na kilka fotek z Londynu :-)
 

 Mustang - moje marzenie

 Nasza kochana Wisełka - czyli krótki pobyt na włościach

 Powroty nocą

Wiewiór w Palmers Green - bez orzeszka nie podchodź!

czwartek, 4 sierpnia 2016

Szczęście jest w Tobie

Przechadzając się zatłoczonymi ulicami Londynu człowiek czasem zaczyna myśleć, że zaraz zwariuje. Wszechobecny tłum, hałas, mieszanka wszystkich języków miasta ściśnięte na każdym metrze kwadratowym. Niektórzy ludzie zachowują się jak święte krowy - chodzą jak chcą i gdzie chcą, nie bacząc na innych. Jak czerpać radość z pobytu w Londynie, gdy zaczyna irytować nas to zawrotne tempo? Mój sposób jest prosty - staram się patrzeć dalej, wyżej - nie skupiam się na otaczających mnie tłumach. Idę przed siebie i myślę o tym, jak wspaniała jest ta różnorodność - tyle skrajnie odmiennych nacji, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, a jednak ciągnie je do tego samego miejsca.

Londyn. Ze skrajności w skrajność.


 Tamiza










Jeśli ktoś spyta mnie czemu tak lubię Londyn, moja odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Raz czuję się tu jak w domu, innym razem mam ochotę wyjechać w pieruny i mieć święty spokój. Ale jedno jest pewne - ani razu nie pożałowałam przyjazdu tutaj (odpukać). Sam fakt, że postanowiłam zaryzykować i spróbować jak smakuje życie w jednej z najbardziej obleganych stolic świata sprawia, że czuję się pewniejsza siebie. I teraz widzę, że te lata poświęcone na wkuwanie słówek z angielskiego nie poszły na marne, ba!, okazały się być niezwykle pomocne. Nie mam już oporów przed mówieniem, załatwiam swoje sprawy, robię zakupy, po prostu żyję. Polecam wszystkim. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że najlepiej przed przyjazdem szlifować język, żeby mieć porządne zaplecze. A potem nie bać się mówić - to najlepszy sposób na doszlifowanie angielskiego. Te wszystkie formułki i skomplikowane konstrukcje gramatyczne, które wkuwamy w szkole - tutaj nikt o nie nie dba. Nikogo nie obchodzi, czy wiesz, jak wygląda III Conditional. Ważne jest, żebyś potrafił(a) się dogadać, załatwić sprawy w urzędzie i wiedział(a), o co ktoś cię właśnie poprosił. Wiadomo, nie od razu Kraków zbudowano i każdy może się potknąć, nie zrozumieć czegoś czy użyć złego słówka, grunt, żeby się nie poddawać! Jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy, ale jesteśmy też w stanie przyswoić więcej, niż nam się wydaje. Gdy słyszę, jak rodowity Brytyjczyk chwali mój angielski to czuję, jak rosną mi skrzydła - jest to dla mnie motorem do dalszego samodoskonalenia i w takich chwilach dziękuję sobie w duchu, że podjęłam decyzję o spróbowaniu szczęścia w Londynie. Nie wiem, co przyniesie los, ale wiem jedno - mamy tylko jedno życie i nie warto marnować go na myślenie "co by było, gdyby?". Sama do niedawna miałam taką bierną postawę - panicznie bałam się zmian, aż w końcu doszłam do ściany i czułam, że jeśli nic nie zmienię to pogrążę się w czarnej rozpaczy. No i here I am! Bywa ciężko, wiadomo, ale nie zrażam się, bo po burzy zawsze wychodzi słońce. Wiem, brzmi jak banał, ale tak właśnie działa życie - dążenie do celu, gdy wszystko idzie jak po maśle to żaden wyczyn; nierezygnowanie z obranej drogi, gdy wiatr wieje nam w oczy - to się nazywa prawdziwa siła! Życzę każdemu z Was, aby ją w sobie odnalazł. Wymaga to dużo pracy, wysiłku a czasem i postawienia wszystkiego na jedną kartę. Nie wyjdzie, to trudno. Lepiej zaryzykować, niż potem pluć sobie w brodę, że całe życie się gdybało. Taka jest moja filozofia. Życie to dar, który musimy pielęgnować - pamiętajcie o tym :-)

Tymczasem zapraszam na mix zdjęć z Londynu, enjoy!





 Ok. 30 stopni, rozpływam się w moich szortach, słońce daje na całego. 
A ja się pytam - jak one wytrzymują?! Dozgonny szacun.


 Trent Country Park (Cockfosters) - 
wchodzisz przez bramę i nagle znajdujesz się w zupełnie innym świecie - czy to jeszcze Londyn?


 Ja i liryczny Ed Sheeran w moich uszach. Odpływam. 

 A w wolnej chwili idziemy na cydr do jednego z przeuroczych pubów Londynu

Pierwszy kot, którego miałam zaszczyt zobaczyć w Anglii (nie reagował na kici kici)


A to drugi okaz (niestety nie reagował na moje prośby o spokojne zapozowanie do zdjęcia)

Całusy z kapryśnego Londynu i miłego dnia!

czwartek, 21 lipca 2016

Parki Londynu #1

Nie jestem w stanie zliczyć miejsc, które chciałabym zobaczyć będąc w Londynie. W wolnym czasie uskuteczniam zwiedzanie i staram się zachować w pamięci jak najwięcej inspirujących obrazów. 

Kilka dni temu odwiedziłam historyczną posiadłość Forty Hall & Estate z XVIII wieku, która znajduje się w dzielnicy Enfield. Muszę przyznać, że byłam pod wielkim wrażeniem tego miejsca. Wspaniały ogród, pełen zróżnicowanej roślinności, jezioro, nad którym aż roiło się od ptactwa i piękny, słoneczny dzień - czego chcieć więcej?

Informacje, które podam w tekście pochodzą z tej strony.

Nie, to nie Krzywa Wieża w Pizie. To mój talent do robienia zdjęć :-) 



Ten dostojny cedr jest drugim najstarszym drzewem w Anglii. Został tymczasowo otoczony prowizorycznym płotem, żeby uchronić go od dewastacji.


 Nic, tylko wypoczywać :-)
Oprócz wspaniałego cedru, posiadłość może poszczycić się innymi rodzajami drzew - na zdjęciu sekwoja.



 Jest sekwoja, jest i palma
W poszukiwaniu wiewiórów :-)



 Jest i ona!

To, co zaciekawiło mnie w trakcie przechadzek po londyńskich parkach, to ławeczki stawiane na cześć zmarłych osób. 

 
Ofkors zapomniałam zrobić zdjęcie tabliczki z bliska -_-


 Można nawet posadzić dla kogoś drzewko


 "Zgniłe" drzewo

A teraz hit - w Forty Hall natknęłam się również na 3 małe groby, w których pochowano... psy. 
 "Tinker Bowles - najdroższy z psów, 11 lat, 1934"

 Trochę creepy jak dla mnie
 

Na koniec rarytas - angielski pigeon :D

Miłego dnia!

piątek, 15 lipca 2016

#wena


Niedziela
 
Zbliżał się koniec tygodnia. Niedziela. Najbardziej znienawidzony dzień. M. wywracały się flaki od tych rodzinek spacerujących stadami, wbitych w wyprasowane na kant spodnie, koszule w kratę, eleganckie garsonki i wyszukane czółenka, zajadających lody i śmiejących się od ucha do ucha. Szczęście rodzinne na pokaz, jakie to wzruszające. Gdy M., włócząc się po mieście bez celu, mijała kolejną parę z dzieckiem lub narzeczonych kurczowo trzymających się za ręce, omal nie dostawała torsji. Obserwowała, jak robią dziesiąte kółko wokół parku i szczebioczą o tym, jak pięknie świeci słonko. O-j-e-j-a. Brrr... miała ochotę splunąć im pod nogi; gardziła sztucznością i hipokryzją, które spotykała niemal na każdym kroku. Ech, życie, co ono jest warte? Dzień za dniem i dzień pogania, a wokół tyle zakłamania. To był jeden z wielu momentów, gdy pomyślała o samobójstwie. Właściwie to co ją trzymało przy życiu? Ten nędzny kąt, który wynajęła jej opieka? Wspomnienia, które najchętniej wydarłaby z mózgu? Jedyny przyjaciel, czekający na gest z jej strony? Była prawie na dnie. Nijak się miała do tych odstrzelonych panienek, zmierzających w sobotnie wieczory na imprezę, w celu poderwania kasiastego przystojniaka. Takie kobiety dbały jedynie o wygląd, spędzały godziny u kosmetyczki i buszowały po centrach handlowych w poszukiwaniu cekinowych topów i niebotycznie wysokich szpilek. Nie wiedziały, jak naprawdę wygląda życie i jakich dostarcza problemów - ich jedynymi zmartwieniami były złamane paznokcie, puszące się w deszczowe dni włosy i brak neonowej szminki pod ręką.
 cc
Spojrzała na swoje odbicie w jednej z witryn sklepowych - chuda, blada, z głową ogoloną na łyso, podkrążonymi oczami i poszarzałą od palenia cerą. Zamiast dobrze skrojonej sukienki miała na sobie workowatą bluzę niezidentyfikowanego koloru, wyciągnięte dresy i ciężkie glany, nieodpowiednie do panującej pogody. Wyraz jej twarzy był nijaki, zobojętniały, pełen smutku i zatracenia, oczy zaś wyrażały kompletną pustkę we wnętrzu. Usta, zaciśnięte jakby w bólu, nie przypominały ponętnych warg modelek na okładkach czasopism, a obgryzione paznokcie nigdy nie mogłyby reklamować żadnego z tęczowych lakierów. Jej wygląd zdradzał to, jak bardzo nienawidziła samej siebie - blizny na dłoniach i zadrapania poniżej szyi dawały do zrozumienia, że M. aparycją nie przejmuje się w ogóle. I było jej z tym dobrze. Ilekroć wyszła  z domu, widziała rzucane w jej stronę natarczywe spojrzenia kobiet sukcesu, lecz niewiele sobie z tego robiła. Czy to, że miały złote bransoletki, pod którymi aż uginała się ręka, lub torby przepełnione drogimi kosmetykami sprawiało, że były lepsze, mądrzejsze? Nie, bo to tylko opakowanie. M. nie rozumiała tego chorego wyścigu szczurów po tytuł najpiękniejszej, najlepiej ubranej lub najmłodziej wyglądającej laski. Wiedziała, że z wiekiem przybędzie jej zmarszczek i wcale o to nie dbała - taka kolej rzeczy. Było jej żal kobiet chcących za wszelką cenę zatrzymać uciekającą młodość; to było tak abstrakcyjne i odległe. Jedyne, na czym jej zależało, to poczucie bezpieczeństwa. Tak bardzo pragnęła czuć, że jest na swoim miejscu i ktoś potrzebuje jej obecności. Niestety, nigdy nie zaznała tego od rodziny; ciotka traktowała ją jako źródło dodatkowych pieniędzy, które mogła trwonić na coraz to młodszych żigolaków. A gdy M. próbowała rozbudzić w niej choć odrobinę uczucia, ta zbywała ją natychmiastowo i wracała do kolejnego kochanka, nie interesując się zagubioną nastolatką.
vv
Życie M. nie należało do tych bajkowych sielanek przedstawianych w filmach; było bardziej podobne do tych, o których nigdy nie mówi się głośno.

wtorek, 12 lipca 2016

Ulotność

Dobra, przyznaję się bez bicia - zaniedbałam bloga. Nawał wrażeń i obowiązków sprawił, że nie miałam ani czasu ani siły na napisanie czegoś sensownego. A wychodzę z założenia, że jeśli coś piszę to powinno to mieć przysłowiowe ręce i nogi. 

Mój brak czasu wynika głównie z tego, że obecnie przebywam w mieście, które żyje w szalonym tempie.


Londyn. Miejsce, w którym czas płynie w zastraszająco szybkim tempie. Jedna z najbardziej obleganych stolic świata. Miasto możliwości i nadziei dla ludzi z całego świata, mieszanka kultur, tradycji i zwyczajów. Niemal na każdym kroku natkniesz się tu na jakiś osobliwy przypadek, zobaczysz coś niesamowitego lub po prostu nie ogarniesz otaczającej Cię rzeczywistości. Londyńskie ulice pełne są barwnych ptaków, które mogą tu latać niemal zupełnie swobodnie - prawie nikt nie zwraca uwagi na innych, każdy pochłonięty jest swoimi sprawami. W Londynie możesz poczuć, jak smakuje stuprocentowa anonimowość. 

Jest w tym coś fascynującego, lecz i niebezpiecznego zarazem - musisz mieć oczy dookoła głowy, wszak nigdy nie wiesz, kiedy jesteś obserwowany i co się może za chwile wydarzyć. 

China Town

Jeśli chodzi o mnie, to uwielbiam tę metropolię, a zarazem szczerze jej nie znoszę. Pierwsze odczucie jest wiadome - Londyn to niezwykle interesujące i zadziwiające miejsce. Jednak jego ogromnym minusem są wszechobecne tłumy. Ludzie w centrum nie zwracają na nikogo uwagi, śpieszą w różnych kierunkach i sam nie zdążysz zauważyć, kiedy zmęczy Cię ta wataha spragnionych wrażeń turystów. Tysiące ludzi na każdym metrze kwadratowym, hałas, wrzawa, niesłabnący ruch uliczny - to potrafi przyprawić o rozdzierający ból głowy i sprawić, że jedyne o czym będziesz marzył to cisza, spokój i dobra książka w towarzystwie kubka parującej kawy.

A jednak nawet chaos nie odstrasza rzeszy ludzi, którzy ciągną do stolicy Wielkiej Brytanii z całego globu. Co Londyn ma takiego w sobie, że przyciąga ludzi niczym magnes? Nie wiem. Sama dopiero się go uczę.

Wiem jedno - Londyn to wspaniałe miejsce dla osób, które poszukują inspiracji. Wystarczy usiąść w metrze i rozejrzeć się dookoła - mix ludzi, z których każdy ma własną historię, plany i ambicje. Lubię zastanawiać się co robią, gdzie mieszkają, jaką wykonują pracę. Tak było w trakcie wczorajszej wycieczki do centrum. Ludzie, pogrążeni w swoich smartfonach, siedzieli w metrze niczym zombie. Nie zwracali najmniejszej uwagi na otaczającą ich rzeczywistość. Po prostu siedzieli, a ich twarze nie wyrażały żadnych emocji.

Dzisiejsze czasy bardzo mnie intrygują - większość ludzi zapomina zachwycać się codziennością, woli żyć online, ucieka w świat www i nie docenia tego, co ich otacza. A może warto zatrzymać się na chwilę i spojrzeć w gwieździste niebo...? Kiedy ostatnio udało Ci się znaleźć moment wytchnienia i pomyślałeś o tym, jak wiele masz i za co możesz być wdzięczny? Nie pamiętasz? No właśnie - dzisiejsze tempo życia jest niczym karuzela, która kręci się coraz szybciej i szybciej i końca nie widać... Z tych refleksji powstał wiersz. Wiersz z metra.

"Zatracenie"

Splątani w gąszczu swoich spraw
Zatopieni w niebieskim świecie
Ekranów
Pożarci przez to, co sami stworzyli
Zagubieni
Beznadziejnie pogrążeni
Zatraceni w sobie
Żyją fikcją
Bez pamięci
Uścisk dłoni nie istnieje
Dokąd idą
Świat szaleje

Człowiek z książką
Niczym cud
Wiara w ludzi
Piach i brud
Nie wiesz kiedy
Giniesz w tłumie
Czujesz pustkę 
Nie rozumiesz
Swoich potrzeb
Potrzeb większych
Niż zmysłowych
I doczesnych

Idziesz z prądem
Wpadasz w bagno
Spadasz na dół
Gubisz światło

Ludzie w sobie zagubieni
Uczuć głębszych pozbawieni
Trup po trupie lecz do celu
Porzuć system przyjacielu

Spójrz na niebo
Słońce świeci
W komputerach żyją dzieci
Hałas, piski, tego nie ma
Życie wielkich jedna ściema
Jesteś lepszy
Widzisz gwiazdy
Ich cień blady chmury skradły

Wolisz patrzeć komuś w oczy
Niż swe życie gdzieś przeoczyć...

czwartek, 30 czerwca 2016

#tworzę again

Gdybanie

Rześkie powietrze ocuciło Tobiasza, gdy ten otworzył okno. Nie spał pół nocy, tak bardzo przejął się losem M. Leżał, przykryty brunatnym pledem w kropki i zastanawiał się, jakby to było, gdyby życie M. potoczyło się inaczej? Czy gdyby miała szczęśliwe dzieciństwo mieszkałaby teraz w tej klitce, byłaby łysa i wychudzona? Lubił siedzieć wieczorami przy gorącym kakao i wyobrażać ją sobie z bujną czupryną i w dziewczęcej sukience; beztroską i roześmianą. Tak bardzo pragnął, by choć raz spojrzała na niego inaczej, jak na faceta, a nie jak na żyjącą istotę. Jej mętny wzrok wyrażał tyle, co nic, cudne psie oczy otaczały krzaczaste brwi i blada, poszarzała wręcz cera. M. z pewnością byłaby piękna, gdyby choć trochę o siebie zadbała, gdyby przestała golić się na łyso i zrozumiała, że w tych workowatych, znoszonych ubraniach wygląda jak chłopak. Tobiasz cierpiał katusze patrząc, jak ciągle zadręcza samą siebie i boi się żywić do ludzi inne uczucie niż nienawiść. Sam nie wiedział, kiedy zakochał się w tej niepozornej dziewczynie. 



Jedynym logicznym wyjaśnieniem było to, że jako jedyny pod tą całą skorupą dojrzał niezwykle wrażliwą i delikatną istotę, która usilnie broniła się przed zaznaniem choć odrobiny szczęścia. Za punkt honoru postawił sobie udowodnienie jej, że nie każdy facet to świnia i może mu bezgranicznie zaufać. Był na każde zawołanie, zawsze pomocny i do dyspozycji. Nie oceniał, nie krytykował, nie narzucał swoich poglądów. Gdy w przypływie histerii Mira okładała go pięściami – nie protestował. Gdy zawzięcie milczała – nie zmuszał jej do rozmowy. Gdy zatrzaskiwała mu drzwi przed nosem – potulnie czekał, aż jej przejdzie. Był niczym kojący balsam na zranioną duszę. Dał M. jasno do zrozumienia, że jest tuż obok, może na niego liczyć, jednak tylko wtedy, gdy sama będzie tego chciała. Mira doskonale zdawała sobie sprawę z jego niezawodności i oddania. Sama świadomość, że za ścianą znajduje się ktoś tak do niej przywiązany, dodawała jej otuchy i sił. I mimo tego, że nie chciała z nim być, to z pewnością zawdzięczała mu wiele i była pewna, że gdyby jej życie potoczyło się inaczej, związałaby się z nim bez wahania. Był niezwykle szarmancki, kulturalny i oczytany, a przy tym uroczy i przyjazny. Wszystko co robił było szczere i niewymuszone, mówił to, co myśli i nigdy nie krył swoich uczuć. Z optymizmem patrzył w przyszłość, choć ta nie rysowała się w różowych barwach. Jednak mimo tylu przeciwności losu codziennie wstawał z nadzieją na lepsze jutro. Każdego ranka M. znajdowała reklamówkę świeżych bułek, zawieszoną na zepsutej klamce i na ten widok mimowolnie wzdychała. 

Ach, jak cudownie byłoby mieć kogoś takiego przy sobie. Budzić się w jego ramionach i widzieć, jak rozciąga swe umięśnione ciało i, z radością wypisaną na twarzy, szykuje się do przeżycia kolejnego ekscytującego dnia. Tobiasz był wymarzonym kandydatem na męża i ojca. Każda teściowa uznałaby go za wzór zięcia doskonałego – nie pali, pije okazjonalnie, nieźle zarabia, ma własne mieszkanie, a do tego jest dżentelmenem z zasadami. Zawsze zadbany i elegancki, Tobiasz działał na zmysły niejednej kobiety. Z obserwacji M. wynikało, że miał kilka adoratorek, z których kilka nie zamierzało dać za wygraną. Dzwoniły, czekały pod drzwiami, przychodziły bez zapowiedzi i siedziały u niego do późna, gdyż Tobiasz nie potrafił żadnej z nich wyprosić. Jednak mimo ich uciążliwości, T. nigdy się nad sobą nie użalał. Postanowił zbywać te zaloty milczeniem i obojętnością, by żadnej nie dać powodu do choćby iskierki nadziei. 

Niestety, jego zamiary nie zawsze były jasno odczytywane. Jedna z zakochanych w nim kobiet, na oko trzydziestoletnia, z krzywym nosem i rudą szopą na głowie była święcie przekonana, że zachowanie Tobiasza spowodowane jest jego nieśmiałością i wstydliwością. Toteż zawzięła się w sobie i postanowiła raz na zawsze przełamać lody. Wcisnęła swe krągłe kształty w czerwoną sukienkę z satyny, wybalsamowała się od stóp do głów i czyhała na obiekt swoich pożądań pod klatką. Kiedy Tobiasz, zmęczony pracą, ujrzał owe „zjawisko” miał ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. Na jego nieszczęście spragniona wrażeń niewiasta zdążyło go zauważyć i słodkim głosem zaćwierkała coś w stylu „Tobi, to ja!”. Zażenowanie Tobiasza nie miało granic, czerwony ze wstydu podreptał w jej kierunku i wymamrotał ledwo dosłyszalnym głosem, że miał ciężki dzień i lepiej będzie, jeśli spotkają się innym razem. Jak to w życiu bywa, nierozumiejąca aluzji kobieta zarządziła, że przyrządzi dla ukochanego pyszny obiad i zrobi wszystko, by się zrelaksował. Nie zważając na protesty, zaciągnęła go siłą na górę i zabrała się za kucharzenie. Z podniecenia zapomniała o gotującym się makaronie, w efekcie czego uraczyła Tobiasza rozgotowanym spaghetti z rozrzedzoną breją. Widząc, że obiekt jej westchnień nie pałaszuje „przysmaku” z prędkością światła, zmarszczyła nos i pognała do kuchni, by przyrządzić deser, który aż do momentu podania był pilnie strzeżoną tajemnicą. Po kilkunastu minutach jęków postawiła przed Tobiaszem budyń pełen grudek, który wyglądał jak jedzenie w filmach, podawane w szkolnych stołówkach ku zgrozie uczniów. By nie zrobić koleżance przykrości, Tobiasz skosztował jej specjału i, pod pozorem bólu głowy, wymknął się do toalety, by wszystko wypluć. Przykro mu było patrzeć, jak znajoma robi z siebie pośmiewisko, więc postanowił choć raz zagrać w otwarte karty, oczywiście delikatnie i z wyczuciem. Wyjaśnił jej, że bardzo ją lubi itepe, itede, jednak nie jest gotowy na związek, a kobieta taka, jak ona, zasługuje na kogoś znacznie lepszego i bardziej doświadczonego. Adoratorka była zaszokowana, patrzyła na niego błagalnym wzrokiem, uśmiechała się słabo i co chwila ocierała pot z czoła. Mimo zapewnień Tobiasza o przyjaźni, nigdy więcej się do niego nie odezwała i przestała zwracać na niego uwagę. Było mu przykro, ale musiał postawić sprawę jasno, żeby zakończyć tę żenującą szopkę. Od współpracowników dowiedział się, że Adela wyszła za mąż za starszego faceta, który uwielbia jeść budyń i pozwala jej trwonić pieniądze na wszystkie zachcianki. Tobiasz z całego serca życzył jej szczęścia i miał nadzieję, że jej mąż jest pasjonatem rozgotowanego jedzenia. Krzyżyk na drogę.

środa, 29 czerwca 2016

#tworzę


Demony 
Zegar pokazywał północ. Za oknem gwar ulicznego ruchu cichł z każdą kolejną minutą. M. przewróciła się na drugi bok, całe ciało miała mokre i lepkie od potu. Na próżno próbowała zagrzać lodowate stopy - nic nie przynosiło oczekiwanego efektu. Miotała się z jednego końca łóżka na drugi, drgawki nie ustępowały a pot oblewał ją coraz to nowymi strumieniami. W głowie wciąż huczało jej "Twój ojciec". Ojciec. Przecież ona nie ma ojca, jest sierotą z domu dziecka. Jak to możliwe? To chyba jakiś kiepski żart albo M. gra po prostu w tanim filmie lub wenezuelskim tasiemcu. Nie chce go widzieć. Po co jej on? Przez dwadzieścia osiem lat miał ją w nosie a teraz odzywa się, jak gdyby nigdy nic? To jakiś nieśmieszny dowcip do cholery? Dość w życiu przeszła, więc teraz chciała w spokoju uporać się z demonami przeszłości, sama, z dala od tego, co było, z dala od nękających ją wspomnień. Tak bardzo starała się zapomnieć, wymazać dawne wydarzenia i uzmysłowić sobie, że może zacząć wszystko od nowa, jako zupełnie inna osoba.
I gdy sądziła, że najgorsze ma już za sobą, demony przeszłości wróciły. Ze zdwojoną siłą. Wzięła głęboki oddech. Co jeszcze może ją spotkać w tym, pożal się Boże, życiu? (...)
 dd
Rozterki
 
Sama nie wiedziała, co jest silniejsze - pogarda i wstręt wobec ojca, czy głęboko skrywane i tłumione pragnienie posiadania kogoś bliskiego. Sama świadomość, że może w końcu spojrzeć mu prosto w twarz i wykrzyczeć, co o nim myśli, przyprawiała ją o szybsze bicie serca. Zerknęła na zmiętoszony list, żałosne zaproszenie na "rodzinną" przechadzkę. M. nie mogła zrozumieć samej siebie - jak ona w ogóle mogła brać możliwość pójścia na spotkanie pod uwagę?! Przecież ten facet jest w połowie winny jej klęski, wszystkich cierpień, których doznała, każdej najmniejszej rany w sercu, gojącej się od wielu, wielu lat. Z drugiej strony sama wizja obrzucenia go pełnym odrazy i obrzydzenia spojrzeniem była dla M. niezwykle kusząca.
Chciała ujrzeć człowieka, który spieprzył jej życie, by słono mu za to zapłacić (...)  
dd
Męcz mnie, dręcz mnie, złam mnie
 
Minął tydzień, który M. przeleżała w łóżku. Od nadmiaru wrażeń (albo raczej od picia zimnych trunków wprost z lodówki) nabawiła się gorączki i nie miała na nic siły. Biedny tatuś. Stał sam w parku. Jaka szkoda. List napisał, nawet adres zdobył a tu taaakie rozczarowanie. Co on sobie myślał? Że odezwie się do obcej osoby jak gdyby nigdy nic i po sprawie? Że wynagrodzi jej lata cierpień i odosobnienia kilkoma machnięciami długopisu? Że wpierniczy się w jej życie z buciorami i będzie zgrywał rolę kochającego tatusia? Dobre sobie. A może potrzebuje czegoś i nagle przypomniał sobie, że kiedyś kogoś spłodził? To, że użyczył plemników, by powstała nie oznacza, że może zjawiać się ni stąd ni zowąd i prosić o spotkanie. Jedynie z biologicznego punktu widzenia mieli ze sobą coś wspólnego. A tak w ogóle to nie było tematu – szanowny pan Kurz mógłby nie istnieć i to by M. nie zrobiło żadnej różnicy. Miała go w głębokim poważaniu i nie chciała zmieniać tego stanu rzeczy. Wiele lat temu pogodziła się z samotnością i z tym, że musi sama stawić czoła życiu, bez niczyjego wsparcia. Skoro jej, pożal się Boże, tatuś nagle poczuł przypływ ojcowskiej miłości to niech sobie zrobi kolejne dziecko, bo M. z pewnością nie będzie grać w jego żałosne gierki.

***
- A to skurwiel… - wyszeptała, nie wierząc własnym oczom. Jej skrzynka była po brzegi zapchana listami od ojca. Większość z nich miała błagalny charakter, jakby na niczym innym mu nie zależało. Pisał, że nie da jej spokoju dopóty, dopóki nie poświęci mu chwili na spotkanie. Zastrzegł, że potrafi być nachalny i zrobi wszystko, by z nią porozmawiać, o ile sama nie zdecyduje się na jakiś krok. Z jego listów wynikało, że jest bardzo zdesperowany i nie odpuści.
- Bez przesady, nie może być aż tak źle, trochę popisze i zapomni – machnęła ręką, pozbywając się listów jednym rzutem do osiedlowego kosza.

***
Co jak co, ale M. z pewnością nie była nieomylna. Od ostatniej wizyty w skrzynce na listy nie zaznała spokoju. Ojciec sterczał pod jej drzwiami niemal od świtu do nocy, tarasując jedyną drogę po fajki. Odcięta od szlaku komunikacyjnego ubłagała Tobiasza, żeby podawał jej prowiant w postaci sucharów, kawy i fajek przez okno. Prosiła również o coś mocniejszego dla uspokojenia skołatanych nerwów, jednak Tobiasz kategorycznie odmówił.
- Jak cię tak suszy, to wyjdź do sklepu, ja do tego ręki nie przyłożę – i znikał za firanką, głuchy na jej łzawe prośby.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, wróciła do rysowania. Wygrzebała spod łóżka ryzy brudnego papieru i zaczęła szkicować. Jak zwykle zapełniała kartkę ciemnymi, przygnębiającymi barwami, przelewając duszę na papier. Jednak to nic nie dało. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, czas jakby stał w miejscu. Co rusz podchodziła do drzwi sprawdzając, czy jest już wolna. Niestety – ciemna postać uporczywie sterczała na ostatnich schodkach, czytając poranną gazetę. Może kawki do tego? Papieroska? M. szlag trafiał, ten chory człowiek wystawał pod jej drzwiami jakby był windykatorem a ona potwornym dłużnikiem. Nie, tak dalej być nie może. Jak się stąd nie wyniesie to wezwie policję. Zabiorą świra i po sprawie. Taką przynajmniej miała nadzieję...

(CDN.)