środa, 29 czerwca 2016

#tworzę


Demony 
Zegar pokazywał północ. Za oknem gwar ulicznego ruchu cichł z każdą kolejną minutą. M. przewróciła się na drugi bok, całe ciało miała mokre i lepkie od potu. Na próżno próbowała zagrzać lodowate stopy - nic nie przynosiło oczekiwanego efektu. Miotała się z jednego końca łóżka na drugi, drgawki nie ustępowały a pot oblewał ją coraz to nowymi strumieniami. W głowie wciąż huczało jej "Twój ojciec". Ojciec. Przecież ona nie ma ojca, jest sierotą z domu dziecka. Jak to możliwe? To chyba jakiś kiepski żart albo M. gra po prostu w tanim filmie lub wenezuelskim tasiemcu. Nie chce go widzieć. Po co jej on? Przez dwadzieścia osiem lat miał ją w nosie a teraz odzywa się, jak gdyby nigdy nic? To jakiś nieśmieszny dowcip do cholery? Dość w życiu przeszła, więc teraz chciała w spokoju uporać się z demonami przeszłości, sama, z dala od tego, co było, z dala od nękających ją wspomnień. Tak bardzo starała się zapomnieć, wymazać dawne wydarzenia i uzmysłowić sobie, że może zacząć wszystko od nowa, jako zupełnie inna osoba.
I gdy sądziła, że najgorsze ma już za sobą, demony przeszłości wróciły. Ze zdwojoną siłą. Wzięła głęboki oddech. Co jeszcze może ją spotkać w tym, pożal się Boże, życiu? (...)
 dd
Rozterki
 
Sama nie wiedziała, co jest silniejsze - pogarda i wstręt wobec ojca, czy głęboko skrywane i tłumione pragnienie posiadania kogoś bliskiego. Sama świadomość, że może w końcu spojrzeć mu prosto w twarz i wykrzyczeć, co o nim myśli, przyprawiała ją o szybsze bicie serca. Zerknęła na zmiętoszony list, żałosne zaproszenie na "rodzinną" przechadzkę. M. nie mogła zrozumieć samej siebie - jak ona w ogóle mogła brać możliwość pójścia na spotkanie pod uwagę?! Przecież ten facet jest w połowie winny jej klęski, wszystkich cierpień, których doznała, każdej najmniejszej rany w sercu, gojącej się od wielu, wielu lat. Z drugiej strony sama wizja obrzucenia go pełnym odrazy i obrzydzenia spojrzeniem była dla M. niezwykle kusząca.
Chciała ujrzeć człowieka, który spieprzył jej życie, by słono mu za to zapłacić (...)  
dd
Męcz mnie, dręcz mnie, złam mnie
 
Minął tydzień, który M. przeleżała w łóżku. Od nadmiaru wrażeń (albo raczej od picia zimnych trunków wprost z lodówki) nabawiła się gorączki i nie miała na nic siły. Biedny tatuś. Stał sam w parku. Jaka szkoda. List napisał, nawet adres zdobył a tu taaakie rozczarowanie. Co on sobie myślał? Że odezwie się do obcej osoby jak gdyby nigdy nic i po sprawie? Że wynagrodzi jej lata cierpień i odosobnienia kilkoma machnięciami długopisu? Że wpierniczy się w jej życie z buciorami i będzie zgrywał rolę kochającego tatusia? Dobre sobie. A może potrzebuje czegoś i nagle przypomniał sobie, że kiedyś kogoś spłodził? To, że użyczył plemników, by powstała nie oznacza, że może zjawiać się ni stąd ni zowąd i prosić o spotkanie. Jedynie z biologicznego punktu widzenia mieli ze sobą coś wspólnego. A tak w ogóle to nie było tematu – szanowny pan Kurz mógłby nie istnieć i to by M. nie zrobiło żadnej różnicy. Miała go w głębokim poważaniu i nie chciała zmieniać tego stanu rzeczy. Wiele lat temu pogodziła się z samotnością i z tym, że musi sama stawić czoła życiu, bez niczyjego wsparcia. Skoro jej, pożal się Boże, tatuś nagle poczuł przypływ ojcowskiej miłości to niech sobie zrobi kolejne dziecko, bo M. z pewnością nie będzie grać w jego żałosne gierki.

***
- A to skurwiel… - wyszeptała, nie wierząc własnym oczom. Jej skrzynka była po brzegi zapchana listami od ojca. Większość z nich miała błagalny charakter, jakby na niczym innym mu nie zależało. Pisał, że nie da jej spokoju dopóty, dopóki nie poświęci mu chwili na spotkanie. Zastrzegł, że potrafi być nachalny i zrobi wszystko, by z nią porozmawiać, o ile sama nie zdecyduje się na jakiś krok. Z jego listów wynikało, że jest bardzo zdesperowany i nie odpuści.
- Bez przesady, nie może być aż tak źle, trochę popisze i zapomni – machnęła ręką, pozbywając się listów jednym rzutem do osiedlowego kosza.

***
Co jak co, ale M. z pewnością nie była nieomylna. Od ostatniej wizyty w skrzynce na listy nie zaznała spokoju. Ojciec sterczał pod jej drzwiami niemal od świtu do nocy, tarasując jedyną drogę po fajki. Odcięta od szlaku komunikacyjnego ubłagała Tobiasza, żeby podawał jej prowiant w postaci sucharów, kawy i fajek przez okno. Prosiła również o coś mocniejszego dla uspokojenia skołatanych nerwów, jednak Tobiasz kategorycznie odmówił.
- Jak cię tak suszy, to wyjdź do sklepu, ja do tego ręki nie przyłożę – i znikał za firanką, głuchy na jej łzawe prośby.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, wróciła do rysowania. Wygrzebała spod łóżka ryzy brudnego papieru i zaczęła szkicować. Jak zwykle zapełniała kartkę ciemnymi, przygnębiającymi barwami, przelewając duszę na papier. Jednak to nic nie dało. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, czas jakby stał w miejscu. Co rusz podchodziła do drzwi sprawdzając, czy jest już wolna. Niestety – ciemna postać uporczywie sterczała na ostatnich schodkach, czytając poranną gazetę. Może kawki do tego? Papieroska? M. szlag trafiał, ten chory człowiek wystawał pod jej drzwiami jakby był windykatorem a ona potwornym dłużnikiem. Nie, tak dalej być nie może. Jak się stąd nie wyniesie to wezwie policję. Zabiorą świra i po sprawie. Taką przynajmniej miała nadzieję...

(CDN.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz