O temacie dzisiejszego postu myślałam od kilku dni. Zastanawiałam się, jak ubrać swoje myśli w słowa i jak to wszystko zorganizować, żeby miało ręce i nogi. Dzisiaj chciałam napisać o minimalizmie, który w ostatnich czasach jest dość popularnym hasłem. Czym jest minimalizm? Z czym się go je? Czy ,,mniej znaczy więcej'' ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i jak pozbyć się z życia niepotrzebnych gratów?
Błądząc po przeróżnych zakątkach Internetu, natknęłam się na wiele witryn opisujących minimalizm. Czymże więc jest to abstrakcyjne pojęcie? Już tłumaczę. W minimalizmie chodzi o pozbycie się z życia tego, co nas przytłacza - chodzi tu nie tylko o rzeczy materialne, typu ubrania czy bibeloty, ale też o toksyczne relacje, męczące nas sytuacje i inne tego typu. Chodzi w nim o to, aby bardziej BYĆ, niż MIEĆ. I nie, nie polega to na ascetyzmie i wyzbyciu się wszelakich dóbr materialnych na rzecz życia w szopie i żywienia się tylko tym, co się zebrało/wyhodowało. Wydaje mi się, że minimalizm dotyczy podchodzenia do własnego życia z dystansem - uświadomienia sobie, jak wiele rzeczy jest nam niepotrzebnych i jak duży chaos wywołują w naszej głowie. Nie wiem, czy Ty też tak masz, ale jeśli mam nieporządek w domu to automatycznie zaczyna mnie boleć głowa. Zamiast ogarnąć nieład w szufladzie to ją zamykam, byle tylko o tym nie myśleć. To prowadzi do narastającej frustracji, takie nieskończone odkładanie czegoś w czasoprzestrzeni. Człowiek czuje się przytłoczony, bo nie wie, jak się do tego zabrać. W końcu zachomikował tam tyle ,,przydasiów'', które kiedyś mogą okazać się użyteczne (taaa jasne). Zawsze, gdy zabieram się za ogarnięcie takiej szuflady od razu ogarnia mnie niechęć i czuję zbliżający się ból głowy. Ale gdy już skończę, czuję coś w rodzaju katharsis. Niesamowite oczyszczenie, lekkość w sercu i w głowie i w ogóle poczucie wolności.

Może to brzmi śmiesznie, ale naprawdę uważam, że nieporządek w szafie = nieporządek w umyśle. Tak przynajmniej jest u mnie. Jeśli nie potrafię zapanować nad chaosem we własnej szafie to czuję, że tracę kontrolę nad własnym życiem. Najlepsze jest to, że zawsze utrzymuję wokół siebie nienaganny porządek, ale zdarzają się dni, kiedy upycham coś w szafie byle o tym nie myśleć. Później dorzucam kolejną rzecz i kolejną i wychodzi z tego niezła kupka. Później kupka zamienia się w monstera, któremu zaczynają niemal kiełkować zęby, więc tym bardziej strach się za niego zabrać. Ale warto. Naprawdę warto oczyścić swoje życie z niepotrzebnych śmieci, które nas w jakimś stopniu przytłaczają. Bez względu na to, czy jest to para wytartych butów, za ciasne spodnie (a nuż kiedyś się wcisnę), czy praca, której nienawidzimy. Moim zdaniem życie jest za krótkie, żeby marnować je na coś, co nas dołuje.

Warto też zastanowić się nad tym, jak wygląda nasze życie. Czy nie jest tak, że ciągle za czymś gonimy? Za pieniądzem, posiadaniem większej liczby dizajnerskich rzeczy czy może najnowszych gadżetów? Mimo tej gonitwy ciągle jest za mało, ciągle czujemy niedosyt i ciągle pojawia się ktoś, kto ma lub osiągnął więcej. Wpadamy we frustrację i przyspieszamy, żeby dogonić innych. I tak wpadamy w niekończące się koło konsumpcjonizmu, a nasze życie ma sens tylko wtedy, gdy kupimy sobie nową plazmę. Co to za życie? Zamiast skupić się na relacjach z bliskimi, na rzeczach naprawdę ważnych, ciągle gonimy za czymś, co jest cholernie ulotne. Bo czym innym są rzeczy materialne jak nie kawałkiem jakiegoś materiału, sprzętem, który składa się z niezliczonej ilości kabelków? Czy naprawdę chcesz, aby stan Twojego posiadania determinował Twoją wartość? Czy nie jest tak, że ludzie bogaci są uważani za ikony sukcesu, którym się powiodło w życiu? Czy większość ludzi nie wzdycha na widok jachtów czy superszybkich samochodów należących do milionerów w nadziei, że im też się kiedyś poszczęści? Czy większość z nas nie oddałaby wszystkiego za szóstkę w Totka? No właśnie. Większość z nas myśli tylko o bogactwie i gromadzeniu coraz to lepszych rzeczy. Myślę, że warto zadać sobie pytanie, czy warto? Czy naprawdę chcemy przeżyć swoje życie w ciągłej gonitwie za pieniądzem? Czy o to w życiu naprawdę chodzi? Czy nie lepiej zatrzymać się i cieszyć się tym, co teraz, zamiast ciągle myśleć o tym, czego nie mamy? Wiem, że są biedni ludzie, którzy nie mają środków do życia i bardzo nad tym ubolewam. Mój tekst nie jest o tym, że muszą oni zaakceptować swój los, to już inna historia. Piszę o ludziach, którym wiedzie się całkiem dobrze, ale którzy ciągle odczuwają niedosyt i nie potrafią cieszyć się z małych rzeczy. Którzy zagubili się gdzieś po drodze i nie wiedzą, jak wrócić do bycia tu i teraz.

Sama taka byłam. Chciałam mieć więcej i więcej, a w efekcie miałam coraz mniej. Niby kupowałam dużo ubrań a i tak nie miałam w co się ubrać. Teraz patrzę na życie zupełnie inaczej. Pozbywam się rzeczy, które nie są mi potrzebne. Oczyszczam przestrzeń wokół siebie, tym samym oczyszczając swój zaprzątnięty myślami umysł. Mam nadzieję, że mi się uda. Póki co, mam w sobie ogromne pokłady energii i zapału do zmian. Na lepsze.
PS. Na koniec wiersz, który napisałam x czasu temu. Myślę, że dobrze podsumuje ulotność życia i to, że warto o tym pamiętać i nie gonić za tym, co jest tylko iluzją.
Iluzja nicości
Życie jest tylko iluzją, słabą nicości pochodną…
Przez chwilę istniejesz człowieku,
Chwilę wieczności niegodną…
Życie jak cień, jak złudzenie,
Prowadzi nas w otchłań końca,
Nieważne czy radość, cierpienie,
Pod ziemią nie ujrzymy słońca.
Ulotna ta chwila, tak krucha…
Nic nieznacząca w ogóle,
Nie zdążę się nawet nasłuchać,
Jak mówisz, że kochasz tak czule…