piątek, 15 lipca 2016

#wena


Niedziela
 
Zbliżał się koniec tygodnia. Niedziela. Najbardziej znienawidzony dzień. M. wywracały się flaki od tych rodzinek spacerujących stadami, wbitych w wyprasowane na kant spodnie, koszule w kratę, eleganckie garsonki i wyszukane czółenka, zajadających lody i śmiejących się od ucha do ucha. Szczęście rodzinne na pokaz, jakie to wzruszające. Gdy M., włócząc się po mieście bez celu, mijała kolejną parę z dzieckiem lub narzeczonych kurczowo trzymających się za ręce, omal nie dostawała torsji. Obserwowała, jak robią dziesiąte kółko wokół parku i szczebioczą o tym, jak pięknie świeci słonko. O-j-e-j-a. Brrr... miała ochotę splunąć im pod nogi; gardziła sztucznością i hipokryzją, które spotykała niemal na każdym kroku. Ech, życie, co ono jest warte? Dzień za dniem i dzień pogania, a wokół tyle zakłamania. To był jeden z wielu momentów, gdy pomyślała o samobójstwie. Właściwie to co ją trzymało przy życiu? Ten nędzny kąt, który wynajęła jej opieka? Wspomnienia, które najchętniej wydarłaby z mózgu? Jedyny przyjaciel, czekający na gest z jej strony? Była prawie na dnie. Nijak się miała do tych odstrzelonych panienek, zmierzających w sobotnie wieczory na imprezę, w celu poderwania kasiastego przystojniaka. Takie kobiety dbały jedynie o wygląd, spędzały godziny u kosmetyczki i buszowały po centrach handlowych w poszukiwaniu cekinowych topów i niebotycznie wysokich szpilek. Nie wiedziały, jak naprawdę wygląda życie i jakich dostarcza problemów - ich jedynymi zmartwieniami były złamane paznokcie, puszące się w deszczowe dni włosy i brak neonowej szminki pod ręką.
 cc
Spojrzała na swoje odbicie w jednej z witryn sklepowych - chuda, blada, z głową ogoloną na łyso, podkrążonymi oczami i poszarzałą od palenia cerą. Zamiast dobrze skrojonej sukienki miała na sobie workowatą bluzę niezidentyfikowanego koloru, wyciągnięte dresy i ciężkie glany, nieodpowiednie do panującej pogody. Wyraz jej twarzy był nijaki, zobojętniały, pełen smutku i zatracenia, oczy zaś wyrażały kompletną pustkę we wnętrzu. Usta, zaciśnięte jakby w bólu, nie przypominały ponętnych warg modelek na okładkach czasopism, a obgryzione paznokcie nigdy nie mogłyby reklamować żadnego z tęczowych lakierów. Jej wygląd zdradzał to, jak bardzo nienawidziła samej siebie - blizny na dłoniach i zadrapania poniżej szyi dawały do zrozumienia, że M. aparycją nie przejmuje się w ogóle. I było jej z tym dobrze. Ilekroć wyszła  z domu, widziała rzucane w jej stronę natarczywe spojrzenia kobiet sukcesu, lecz niewiele sobie z tego robiła. Czy to, że miały złote bransoletki, pod którymi aż uginała się ręka, lub torby przepełnione drogimi kosmetykami sprawiało, że były lepsze, mądrzejsze? Nie, bo to tylko opakowanie. M. nie rozumiała tego chorego wyścigu szczurów po tytuł najpiękniejszej, najlepiej ubranej lub najmłodziej wyglądającej laski. Wiedziała, że z wiekiem przybędzie jej zmarszczek i wcale o to nie dbała - taka kolej rzeczy. Było jej żal kobiet chcących za wszelką cenę zatrzymać uciekającą młodość; to było tak abstrakcyjne i odległe. Jedyne, na czym jej zależało, to poczucie bezpieczeństwa. Tak bardzo pragnęła czuć, że jest na swoim miejscu i ktoś potrzebuje jej obecności. Niestety, nigdy nie zaznała tego od rodziny; ciotka traktowała ją jako źródło dodatkowych pieniędzy, które mogła trwonić na coraz to młodszych żigolaków. A gdy M. próbowała rozbudzić w niej choć odrobinę uczucia, ta zbywała ją natychmiastowo i wracała do kolejnego kochanka, nie interesując się zagubioną nastolatką.
vv
Życie M. nie należało do tych bajkowych sielanek przedstawianych w filmach; było bardziej podobne do tych, o których nigdy nie mówi się głośno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz