Niedziela
Zbliżał się koniec tygodnia. Niedziela. Najbardziej
znienawidzony dzień. M. wywracały się flaki od tych rodzinek spacerujących
stadami, wbitych w wyprasowane na kant spodnie, koszule w kratę, eleganckie
garsonki i wyszukane czółenka, zajadających lody i śmiejących się od ucha do
ucha. Szczęście rodzinne na pokaz, jakie to wzruszające. Gdy M., włócząc się po
mieście bez celu, mijała kolejną parę z dzieckiem lub narzeczonych kurczowo
trzymających się za ręce, omal nie dostawała torsji. Obserwowała, jak robią
dziesiąte kółko wokół parku i szczebioczą o tym, jak pięknie świeci słonko.
O-j-e-j-a. Brrr... miała ochotę splunąć im pod nogi; gardziła sztucznością i
hipokryzją, które spotykała niemal na każdym kroku. Ech, życie, co ono jest
warte? Dzień za dniem i dzień pogania, a wokół tyle zakłamania. To był jeden z
wielu momentów, gdy pomyślała o samobójstwie. Właściwie to co ją trzymało przy
życiu? Ten nędzny kąt, który wynajęła jej opieka? Wspomnienia, które
najchętniej wydarłaby z mózgu? Jedyny przyjaciel, czekający na gest z jej
strony? Była prawie na dnie. Nijak się miała do tych odstrzelonych panienek,
zmierzających w sobotnie wieczory na imprezę, w celu poderwania kasiastego
przystojniaka. Takie kobiety dbały jedynie o wygląd, spędzały godziny u
kosmetyczki i buszowały po centrach handlowych w poszukiwaniu cekinowych topów
i niebotycznie wysokich szpilek. Nie wiedziały, jak naprawdę wygląda życie i
jakich dostarcza problemów - ich jedynymi zmartwieniami były złamane paznokcie,
puszące się w deszczowe dni włosy i brak neonowej szminki pod ręką.
cc
Spojrzała na swoje odbicie w jednej z witryn
sklepowych - chuda, blada, z głową ogoloną na łyso, podkrążonymi oczami i
poszarzałą od palenia cerą. Zamiast dobrze skrojonej sukienki miała na sobie workowatą
bluzę niezidentyfikowanego koloru, wyciągnięte dresy i ciężkie glany,
nieodpowiednie do panującej pogody. Wyraz jej twarzy był nijaki, zobojętniały,
pełen smutku i zatracenia, oczy zaś wyrażały kompletną pustkę we wnętrzu. Usta,
zaciśnięte jakby w bólu, nie przypominały ponętnych warg modelek na okładkach
czasopism, a obgryzione paznokcie nigdy nie mogłyby reklamować żadnego z
tęczowych lakierów. Jej wygląd zdradzał to, jak bardzo nienawidziła samej
siebie - blizny na dłoniach i zadrapania poniżej szyi dawały do zrozumienia, że
M. aparycją nie przejmuje się w ogóle. I było jej z tym dobrze. Ilekroć wyszła z domu, widziała rzucane w jej stronę natarczywe
spojrzenia kobiet sukcesu, lecz niewiele sobie z tego robiła. Czy to, że miały
złote bransoletki, pod którymi aż uginała się ręka, lub torby przepełnione
drogimi kosmetykami sprawiało, że były lepsze, mądrzejsze? Nie, bo to tylko
opakowanie. M. nie rozumiała tego chorego wyścigu szczurów po tytuł
najpiękniejszej, najlepiej ubranej lub najmłodziej wyglądającej laski. Wiedziała,
że z wiekiem przybędzie jej zmarszczek i wcale o to nie dbała - taka kolej
rzeczy. Było jej żal kobiet chcących za wszelką cenę zatrzymać uciekającą
młodość; to było tak abstrakcyjne i odległe. Jedyne, na czym jej zależało, to
poczucie bezpieczeństwa. Tak bardzo pragnęła czuć, że jest na swoim miejscu i
ktoś potrzebuje jej obecności. Niestety, nigdy nie zaznała tego od rodziny;
ciotka traktowała ją jako źródło dodatkowych pieniędzy, które mogła trwonić na coraz
to młodszych żigolaków. A gdy M. próbowała rozbudzić w niej choć odrobinę
uczucia, ta zbywała ją natychmiastowo i wracała do kolejnego kochanka, nie
interesując się zagubioną nastolatką.
vv
Życie M. nie należało do tych bajkowych sielanek
przedstawianych w filmach; było bardziej podobne do tych, o których nigdy nie
mówi się głośno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz