Ostatnio zdałam sobie sprawę, że już dawno nie umieściłam na blogu żadnego wpisu z opowiadaniem tudzież wierszem. Dziś, kierowana nagłym impulsem, usiadłam i machnęłam krótką historię. Zapraszam do lektury :-)
"Dylematy"
- Nie pasuje do tego świata – mruknęła Werka, zatapiając się
w rozdygotanych myślach, kołaczących się po jej głowie. – Jestem zmęczona
udawaniem. Że zależy mi na obronie dyplomu, że chcę mieć dobrą posadę i pokaźną
sumkę na koncie przed trzydziestką. Nie chcę gonić za nie wiadomo czym. Mam
ochotę rzucić wszystko i ruszyć w nieznane, tak po prostu.
Doskonale ją rozumiałam. Studia, które miały być furtką do
lepszej przyszłości okazały się być jednym wielkim pasmem udręk i frustracji.
Totalnie zbędne przedmioty, okienka między zajęciami i uczenie się super „potrzebnych”
rzeczy doprowadzały nas do szału. A gdzie te wizje o skupianiu się na tym, co
się lubi i zdobywaniu potrzebnej wiedzy? Błagam was. Można to włożyć między
bajki. Tydzień wypełniony po brzegi i co z tego?
- Od zawsze byłam marzycielką – rzuciła, nakręcając na palec
pasmo blond loków. – A studia to we mnie zdusiły. Zapomniałam o swoich planach,
priorytetach i w całości poświęciłam się pogoni za stypendium, uznaniem
otoczenia i zdobyciem tytułu. Już nawet nie wiem, o czym tak naprawdę marzę,
czuję tylko obojętność i brak chęci do czegokolwiek – ciągnęła – Najgorsze jest
ta myśl, że poszłam na studia, bo tego ode mnie wymagano. Taka była wizja mojej
przyszłości, nikomu by nawet do głowy nie przyszło, że mogłabym nie wyruszyć w
drogę po tytuł magistra!
Presja otoczenia – coś, przez co większość z nas podejmuje
nie do końca zadowalające nas decyzje. Znam wiele osób, które duszą się w swoim
życiu, jednak boją się zmian, żeby nie wyjść poza schemat i nie wyróżniać się
na tle ogółu. Ilu ludzi narzeka na swoją pracę czy studia i nic z tym nie robi,
bo tak wypada, bo tak jest łatwiej. Każdy dzień jest podobny do poprzedniego,
przychodzi apatia, stagnacja i, nim się zdążymy zorientować, stajemy się
zgnuśniałymi dorosłymi, których tak bardzo nie lubiliśmy będąc dziećmi.
- Domyślam się, że nic z tym nie zrobisz? – spytałam,
dopijając mrożone latte. Werka westchnęła. Przygryzła blade wargi, jakby
odpowiedź nie chciała jej przejść przez gardło.
- A co mam zrobić? – odparła zrozpaczonym głosem – Rodzice
we mnie wierzą, pomagali mi, wspierali i teraz mam im powiedzieć sajonara,
rzucam wszystko i jadę w siną dal? Nie bądź śmieszna, to nie takie proste –
dodała z przekąsem.
Nie byłam pewna, co jej odpowiedzieć. Na samą myśl, że moja
najlepsza przyjaciółka ma po dziurki w nosie własnego życia i ulatuje z niej
cały dotychczasowy entuzjazm, miałam ochotę doradzić jej ten spontaniczny
wyjazd. Ale co z resztą? Co z wykształceniem? Co z rodzicami? Istniej duże
prawdopodobieństwo, że odebraliby jej decyzję jak wymierzony im siarczysty
policzek. Mogliby nawet odsunąć się od niej, jeśli po tylu latach ich starań
zrobiłaby coś takiego. Uśmiechnęłam się do niej blado. Położenie, w którym się
znalazła, nie było zbyt wesołe – gonić za marzeniami i rzucić wszystko, czy
przemęczyć się i skończyć to, co zaczęła? Po raz pierwszy nie wiedziałam,
jakiej udzielić jej rady, czułam się bezsilna jak nigdy.
Widząc konsternację wypisaną na mojej twarzy, Werka tylko
pokiwała głową i mruknęła:
- No i widzisz, nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji.
Pozostaje tylko pogodzić się z losem i odłożyć marzenia na później...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz