Znasz to uczucie, gdy natłok myśli i spraw rozsadza Ci głowę od środka? Starasz się skupić na czymkolwiek, jednak każda kolejna próba kończy się fiaskiem. Myślisz sobie: zaraz zwariuję, jeśli te nachalne omamy nie przestaną mnie męczyć. Uwierz mi, zmagam się z tym każdego dnia. Śmieję się, że mój mózg to taka dobrze prosperująca fabryka myśli - ciągle pracuje na pełnych obrotach. Doszło do tego, że nie potrafię się relaksować. Mój umysł od jakiegoś czasu nie potrafi odpoczywać. Non stop pracuje i podsuwa mi coraz czarniejsze wizje lub demotywujące teksty. I co teraz? Mam usiąść w kącie i płakać jakie to wszystko jest be i do bani? Wiadomo, tak jest najprościej, użalać się nad własnym losem i szukać ukojenia u innych. Ale nie tędy droga. Trzeba zacząć od siebie. Od oczyszczenia swojego wnętrza. Od znalezienia tej siły w sobie, bo prawda jest taka, że nikt nam nie pomoże jeśli my sami nie uporządkujemy swojego życia. Owszem, możemy i nawet musimy otaczać się bliskimi, którzy nas wspierają, jednak łatwo przeoczyć granicę pomiędzy szukaniem słów otuchy a uzależnieniem od drugiej osoby. W każdym z nas drzemie siła, musimy ją tylko odnaleźć i pielęgnować każdego dnia.
Wracając do tematu - co zrobić, gdy Twój własny umysł ciągnie Cię w dół? Gdy paskudny gremlin z ogromnym nochalem szepce do ucha: nie dasz rady, jesteś do niczego, nic Ci się nie uda?
Jedynym sposobem na pokonanie własnego gremlina jest pokazanie mu, jak bardzo się myli. Dla mnie najlepszą okazją na podcięcie skrzydeł temu demotywatorowi jest wyjście na bieg. Po kilku minutach już słyszę ten złośliwy głos z tyłu głowy: łeee, nie dasz rady słabeuszu, usiądź lepiej na ławce bo zaraz skonasz.
Wizja rozwalenia się na ławce jest niebywale kusząca, nie powiem, ale przecież to totalna bzdura, że już nie mam siły. W nogach czuję coś zupełnie innego - wiem, że jestem w stanie pocisnąć znacznie więcej, niż mi się wydaje. Biorę więc gremlina za nos, patrzę w jego wyłupiaste oczy i rzucam wyzywającym tonem: Nie? To patrz!
I wpadam w sidła biegania. Patrzę w dół i widzę dwóch wojowników odzianych w różowe buciksy. I choć jeden już zdążył nabawić się otarć to nic a nic nie narzeka - wręcz przeciwnie, chce więcej.
Dziś to poczułam. Radość z biegu. Tylko ja i otaczająca mnie przyroda. Były ciężkie momenty. Gremlin co chwila podstawiał mi nogi. Ale się nie poddałam.
Biegnę. Czuję chłodny wiatr, który smaga moje rozgrzane do czerwoności policzki. Słyszę każde uderzenie butów o twardą asfaltową ścieżkę. Słońce przyjemnie ogrzewa moje ciało. Uśmiecham się do małżeństwa w podeszłym wieku na rowerach. Szacun za aktywne spędzanie czasu w tym wieku. Starszy pan robi mi przejście.
- Też tak kiedyś latałem! - uśmiecha się. Odwzajemniam uśmiech. W moim sercu gości radość. Czuję, jak ulatnia się cały stres, a po moich policzkach ciekną łzy. Łzy żalu i cierpienia. Łzy tego, co było złe. Robię kolejne okrążenie. Ponownie mijam starszych rowerzystów. Macham do nich, chcę dzielić się moim szczęściem ze wszystkimi. Rozsyłam uśmiechy na prawo i lewo. Niektóre pozostają nieodwzajemnione, nie szkodzi. Ta radość wypływa z głębi serca, nic jej teraz nie zmąci.
Wracam do domu. Spoglądam w lustro. Myślę sobie: Dobra robota. Nie poddam się tak łatwo. Życie to walka. Albo zacznę wchodzić po schodach, albo wrosnę w ziemię oczekując na windę.
PS. Dziś bez zdjęć. Nie miałam na nie czasu, dzień był zbyt piękny, żeby oglądać go przez wyświetlacz w telefonie. Czasem warto się wyłączyć i nacieszyć trwającą chwilą, zamiast za wszelką cenę starać się zrobić jak najlepsze ujęcie... ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz