Przed startem odczuwałam lekki stres - czy dam radę? Czy jestem na tyle przygotowana, żeby przebiec taki dystans? Czy nie wypluję sobie płuc w trakcie? W końcu w trakcie treningów robiłam max. 9 km. Więc jak to będzie? Muszę przyznać, że ten niepokój minął, kiedy znalazłam się na starcie wśród innych biegaczy. Wokół panowała tak rozluźniona atmosfera, że wszelkie wątpliwości odeszły w zapomnienie :-)
To był pierwszy raz, kiedy przebiegłam 10 km. Za punkt honoru postawiłam sobie przebiegnięcie dystansu bez zatrzymania się. I udało się! Choć były ciężkie momenty, a mój umysł ciągle nakręcał się na czarne scenariusze (nie dasz rady, zatrzymaj się, daj sobie spokój, usiądź na ławce i obal piwko, po co to robisz? itp.), to nie poddałam się. Co to, to nie! Nie pozwoliłam, żeby chwilowe słabości wzięły nade mną górę. Postanowiłam pokazać samej sobie, że potrafię. Że jestem silniejsza, niż myślę. Gdy brakowało sił, zbawienny okazywał się być doping ludzi zebranych wokół trasy biegu. To było niesamowite. Te okrzyki "dasz radę!", "biegnij, dziewczyno" i uśmiechnięte twarze dawały mi niesamowitego kopa, żeby nie zrezygnować i biec dalej.
W trakcie biegu doświadczyłam całego spektrum skrajnych emocji - przez złość, zniechęcenie, radość, euforię aż po smutek. Targały mną sprzeczne uczucia, jednak koniec był jednym wielkim wyrzutem endorfin. Na początku zadręczałam samą siebie, że mam jeszcze tyle do przebiegnięcia, trasa dłużyła mi się niebywale, opaska za bardzo grzała głowę. Potem zaczęłam skupiać się na tym, ile już przebiegłam. Myślałam: oo, za mną już 4 km, więc dam radę. Potem dopingowałam siebie w duchu. Moją główną motywacją był fakt, że skoro już tyle przebiegłam to bez sensu byłoby zatrzymać się na 8 kilometrze. Więc cisnęłam dalej. Patrzyłam w dół i widziałam, jak moje nogi pokonują kolejne kroki bez najmniejszego problemu. Wszystkie przeciwności siedziały w głowie, która poddałaby się już po pierwszych kilometrach. Ale nie. Nie ma tak łatwo. Postawiłam sobie cel i wiedziałam, że jeśli go nie osiągnę to nie zaznam spokoju. Nie chciałam rozczarować samej siebie. To by mnie bardzo zdemotywowało.
Na metę dobiegłam zmęczona, lecz szczęśliwa. Były łzy radości i dumy. Dumy z wykonanego zadania. To był pierwszy bieg publiczny, w którym wzięłam udział. I już wiem, że z pewnością nie ostatni. Teraz chcę skupić się na egzaminach, jednak potem wracam do regularnych treningów. Bieganie wyzwoliło we mnie tak skrajne emocje, że nie wyobrażam sobie, aby ten wysiłek poszedł na marne. Mam nadzieję, że znajdę w sobie wystarczające pokłady motywacji, by ten stan trwał jak najdłużej. Wiem, że wszystko jest w moich rękach i to ode mnie zależy, jak pokieruje swoją sportową "karierę".
To by było na tyle. Gorąco polecam wzięcie udziału w takim biegu. Nie po to, żeby stresować się wynikiem czy udowodnić coś innym, lecz po to, aby przełamać swoje słabości i wyjść poza własną strefę komfortu. To daje niesamowitego kopa do dalszych działań. Jeśli jesteś w stanie przebiec taki dystans to czujesz, że możesz więcej i niemożliwe nie istnieje. Zatem do roboty, trening się sam nie zrobi :-)
Miłego dnia :-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz